Gdym powrócił, on i Alan właśnie odłożyli karty i wypytywali o coś pachołka; naraz naczelnik odwrócił się i zagadnął mnie po gallicku.
— Nie rozumiem po gallicku, łaskawy panie — odrzekłem.
Od czasu zatargu o szulerkę każde moje słowo i każdy postępek drażniły Cluny’ego.
— Nazwisko asana bardziej jest do rzeczy niż sam waćpan — ozwał się gniewnie — bo brzmi ono czysto po gallicku. Jednakże nie w tym sprawa. Moi wywiadowcy donoszą, że na południu droga jest zupełnie bezpieczna; chodzi tylko o to, czy asan masz dość siły, by iść?
Obaczyłem na stole karty, natomiast nie ujrzałem złota; miast nich leżał tylko stos zapisanych papierów i to wyłącznie po stronie Cluny’ego. Alan ponadto miał jakieś dziwne spojrzenie, jak człek niezbyt zadowolony — zaczęło mi się to mocno nie podobać.
— Nie wiem, czy zdrowie moje jest takie, jak być powinno — odparłem, spoglądając na Alana — ale szczupły zapasik pieniędzy, jaki posiadamy, ma nam wystarczyć na długą drogę.
Alan przygryzł dolną wargę i wbił wzrok w ziemię.
— Dawidzie — rzekł na koniec — powiem ci szczerą prawdę: jam je stracił.
— I moje pieniądze również? — zapytałem.
— I twoje pieniądze też — odrzekł Alan, wzdychając. — Nie powinieneś mi był ich oddawać. Tracę rozum, gdy zasiądę do kart.