— I dla mnie też to rzecz ciężka, panie Balfour — rzekł Cluny — a wasze261 bardzo mi wyglądasz na człowieka, który dybiesz na to, by sprawiać przykrość biednym ludziom. Nie chciałbym ci ja, by moi przyjaciele, przybywając w którykolwiek z moich domów, doznawali obrazy, ani też... — tu podniósł głos, zawrzawszy nagłym gniewem — ani też, by dawali k’niej262 przyczynę!
— Zważ no, waszmość — odciąłem się — i ja tu mam prawo coś powiedzieć w swej obronie... a ta szulerka jest zajęciem nie bardzo godnym szlachcica. Ale wciąż jeszcze oczekuję pańskiego zdania.
Jestem pewny, że Cluny mało kogo tak znienawidził, jak Dawida Balfoura. Spojrzał na mnie groźnym okiem, a na jego ustach dostrzegłem już wyzwisko. Ale rozbroiła go czy to moja młodość, czy też może poczucie słuszności; w każdym razie zmartwieni byli wszyscy, nie wyłączając Cluny’ego — w co tym snadniej wierzyć można, iż przyjął to on po swojemu.
— Mości Balfour — ozwał się — myślę, że jesteś nadto wybredny i ugodowy, bądź co bądź jednak masz zacięcie na dzielnego szlachcica. Słowo honoru ci daję, że możesz przyjąć te pieniądze... tak bym powiedział rodzonemu synowi... a wraz z nimi przyjmij i moją prawicę!
Rozdział XXIV. Ucieczka przez wrzosiste rozłogi. Zwada
Pod osłoną nocy przeprawiono Alana i mnie poprzez Loch Errocht, po czym, idąc wzdłuż wschodniego wybrzeża tej odnogi, doszliśmy do drugiej kryjówki koło wylotu Loch Rannoch, dokąd nas zaprowadził jeden z pacholików posługujących w „klatce”. Ów wyrostek niósł wszystkie nasze tobołki oraz płaszcz Alana; niósł je lekko, jak piórko, i stąpał raźnie jak wytrzymały kuc górski, mimo że niespełna połowa owego brzemienia zwykła była przytłaczać mnie do do ziemi. Z postawy jednak wyglądał niepozornie — jak patyk, który potrafiłbym złamać na kolanie.
Było to dla nas wielką ulgą, iżeśmy szli263 nieobjuczeni; być może, że bez owej ulgi i, co za tym idzie, poczucia swobody i lekkości, ja nie mógłbym wcale iść. Wszak dopiero co wstałem z łoża boleści, a w obecnych naszych warunkach doprawdy nic nie mogło mnie zachęcić do tak wielkiego wysiłku, by przeprawiać się (jakeśmy to czynili264) przez najprzykrzejsze pustosze Szkocji, pod zachmurzonym niebem, pośród rozłamu w sercach naszych.
Przez długi czas nie mówiliśmy nic, tylko szliśmy koło siebie lub jeden za drugim, obaj z marsem na czole: ja uniesiony gniewem i butą, rysowałem sobie w wyobraźni, jaką to siłę pozyskałem dzięki tym dwom gwałtownym i grzesznym uczuciom; Alan zaś był jednocześnie gniewny i zawstydzony — wstydził się, że stracił moje pieniądze, a dąsał się, iżem tak wziął mu za to złe.
Myśl o rozłączeniu coraz to silniej nawiedzała mą duszę, a im bardziej zgadzałem się z tą myślą, tym bardziej mi było wstyd mej zgody. Byłby to zaiste czyn piękny, chlubny i szlachetny, gdyby Alan obrócił się i rzekł do mnie:
„Żegnaj mi. Sam znajduję się w największym bezpieczeństwie, a moje towarzystwo jeno ciebie naraża”.