Ale jakoż to mnie przystało zwrócić się do przyjaciela, który z pewnością mnie miłował, i powiedzieć mu:

„Tobie grozi większe, mnie mniejsze niebezpieczeństwo; przyjaźń twoja jest mi ciężarem, idź sobie i sam na własną rękę narażaj się na szwank lub uciążliwości...”.

Nie, niepodobna! Na samą już głęboko utajoną myśl o tym wstyd palił mi lica.

A przecie Alan postąpił był jak dziecko, a co gorsza, jak niewdzięczne dziecko. Wyłudzenie ode mnie pieniędzy w ową chwilę, gdym leżał nieprzytomny, było mało co lepsze od kradzieży; a oto teraz wlókł się obok mnie, nie mając grosza przy duszy, mimo to jednak, ilem mógł zmiarkować, z całą niefrasobliwością zamierzał utrzymywać się z tych pieniędzy, które ja zmuszony byłem wyżebrać. Prawda, iż gotów byłem z nim się podzielić, ale właśnie to mnie złościło, żem widział, jak on liczy na mą gotowość.

Te dwie sprawy wciąż opanowywały mój umysł, a nie mogłem z żadną się odezwać, by nie dopuścić się czarnej nikczemności. Tak wpadałem w drugie zło, bom się wcale nie odzywał i ani razu nie spojrzałem na mego przyjaciela, co najwyżej kącikiem mego oka.

Na koniec na drugim brzegu Loch Errocht, w przechodzie przez miejsce równe i sitowiem porosłe, gdzie kroczyć można było wygodnie, Alan nie mógł już wytrzymać i przybliżył się do mnie.

— Dawidzie — ozwał się — dwaj przyjaciele nie powinni się tak przejmować małą przygodą. Winienem rzec, że mi bardzo przykro, więc oto ci to wyznaję. Jeżeli zaś masz jeszcze teraz coś do powiedzenia, najlepiej będzie, gdy mi się z tym zwierzysz.

— Ee! — rzekłem. — Co bym znów miał do powiedzenia?

Wydawał mi się zbity z tropu, co budziło we mnie brutalną radość.

— Nie, nie! — rzekł on nieco drżącym głosem. — Ale skoro powiadam, iż zasłużyłem na naganę?