— Jestem Stuart... — zaczął Alan.

— Oo! — powiadam mu na to. — Wiem, że waćpan nosisz nazwisko królewskie. Ale winienem ci przypomnieć, że odkąd bawię na Pogórzu, widziałem wielu takich, którzy noszą to miano, a najlepsza rzecz, jaką o nich mogę powiedzieć, jest to, że nie zaszkodziłoby im czasem porządnie się umyć.

— Czy wiesz, że mnie znieważasz? — rzekł Alan głosem bardzo ściszonym.

— Dalibóg! Bardzo mi przykro — odrzekłem — gdyż jeszcze nie skończyłem tego, com miał powiedzieć; jeżeli waćpanu nie podoba się ta rozmowa, wątpię, czy i dalsza gawęda będzie się podobała. Zostałeś zmuszony do ucieczki z pola walki przez dorosłych ludzi z mego stronnictwa; licha to przyjemność w żywe oczy kłamać przed chłopięciem. Pobili cię wigowie i Campbelle; uciekałeś przed nimi jak szarak. Wypada ci mówić o nich, jako o lepszych od siebie.

Alan stał całkiem spokojnie, a poły jego płaszcza łopotały poza nim na wietrze.

— Biadaż! — ozwał się na koniec. — Są rzeczy, których niepodobna puścić płazem.

— Nigdym273 o to waćpana nie prosił — odrzekłem.

— Jestem tak gotów jak waszeć.

— Gotów? — zapytał.

— Gotów — powtórzyłem. — Nie jestem pyszałkiem i samochwałem, jak ktoś, kogo potrafię nazwać po imieniu. Wystąp aść274!