— Mój drogi, nie mów już o tym! — rzekłem. — Żaden z nas nie ma zaiste prawa karcić drugiego. Winniśmy znosić wszystko i przetrwać, mój Alanie! Och, ale mi dolega to kłucie w boku! Czy nie ma tu domu?
— Znajdę ci dom, Dawidzie — odrzekł Alan hardo. — Pójdziemy z biegiem strumienia, tam z pewnością będą domostwa. Mój biedaku, nie lepiejże277 ci będzie, gdy cię wezmę na plecy?
— Och, Alanie! — mówię na to. — Przecież jestem o jakie dwanaście cali wyższy!
— Co ci się znów wydaje? — zawołał Alan, obruszywszy się mocno. — Między nami może być co najwyżej dwa cale różnicy; bądź co bądź nie roszczę pretensji sobie, bym był z tych ludzi, których ty nazywasz wysokimi; a gdy o tym mowa — dodał, zmieniając pociesznie głos — gdy o tym mowa, wyznam ci szczerze, że ty masz w sam raz wzrost odpowiedni.
Miło i pociesznie zarazem było słyszeć, jak Alan połykał swe słowa w obawie jakiej nowej kłótni. Pewno bym się roześmiał, gdyby kłucie w boku nie dawało mi się tak we znaki; atoli278 gdybym się roześmiał, z pewnością oczy zaszłyby mi łzami.
— Alanie! — zawołałem. — Czemu jesteś dla mnie tak dobry? I cóż cię skłania, byś się opiekował tak niewdzięcznym drabem, jakim ja jestem?
— Doprawdy i ja sam nie wiem — odrzekł Alan. — Albowiem właśnie myślałem sobie, że wolałbym, byś nigdy nie wiódł ze mną sporu... a teraz kocham cię jeszcze bardziej.
Rozdział XXV. W Balquhidder
Gdyśmy doszli do pierwszego domu, jaki był po drodze, Alan zastukał w dźwierze279 — co nie było nazbyt bezpiecznym przedsięwzięciem w takiej części Pogórza, jak urwiska Balquhidderu. Żaden wielki klan nie sprawował tu rządów; cała kraina dzieliła się na rozliczne a drobne zaścianki, na poszarpane działki różnych niedobitków, tudzież pomiędzy tak zwanych „ludzi bezpańskich”, którzy, ustępując przed zaborczością Campbellów, zostali zagnani w te dzikie okolice dokoła źródeł Forth i Teith. Byli tu Stuartowie i Maclarenowie, którzy łączyli się w jedno, gdyż Maclarenowie szli w wojnie za naczelnikiem Alana i tworzyli jeden klan z Appinem. Było tu również wielu z onego starego klanu Macgregorów, który nieraz ręce we krwi umaczał, teraz zaś chronił się przed sprawiedliwością. Tych zawdy źle uważano280, a teraz jeszcze gorzej niż przódy281, bo nie cieszyli się zaufaniem żadnego stronnictwa w całej Szkocji. Ich naczelnik, Macgregor z Macgregor, był na wygnaniu; bezpośredni zwierzchnik tutejszej ich gromady, Jakub More, najstarszy syn Rob Roya, siedział w twierdzy edynburskiej, oczekując sądu. Byli w złych stosunkach z góralami i doliniakami, z Grahamami, Maclarenami i Stuartami, więc Alan, który podzielał rankor282 każdego ze swych pobratymców, choćby dalekich, pragnął z całej duszy unikać Macgregorów.
Szczęście nam posłużyło, gdyż zagroda, którą napotkaliśmy, należała do Maclarenów, gdzie Alana nie tylko przywitano serdecznie ze względu na jego nazwisko, ale i znano ze względu na rozgłos jego czynów. Tam więc położono mnie niezwłocznie do łóżka i sprowadzono doktora, który stan mego zdrowia uznał za groźny. Ale czy to doktor był tęgi w swym zawodzie, czy też jam był krzepki i młody — dość, że zaledwie tydzień przeleżałem się w łóżku, a przed upływem miesiąca mogłem znów puścić się raźno w drogę.