— Ale posłuchaj no waszmość, co przybyłem ci powiedzieć. W roku 1745 brat mój poruszył część klanu „Gregora” i powiódł sześć kompanii do boju za świętą sprawę; otóż chirurg, który poszedł z naszym klanem i leczył nogę mojego brata, zgruchotaną w starciu pod Preston, był szlachcicem tego samego nazwiska, co waćpan. Był on bratem Balfoura z Baith; jeżeli więc waćpan jesteś w jakowymś stopniu spokrewniony z rodziną owego szlachcica, gotów jestem oddać siebie i moich ludzi na pańskie usługi.
Trzeba sobie przypomnieć, żem o moim pochodzeniu wiedział nie więcej niż pierwszy lepszy pies dziadowski; wprawdzie stryj chlubił się kilkoma dostojnymi koligacjami naszej rodziny, ale w chwili obecnej były one bez znaczenia, wobec czego nic mi nie pozostało ponad gorzkie wyznanie, iż nie umiem dać wyjaśnień.
Robin odpowiedział krótko, iż szkoda, że zadawał sobie tyle trudu, po czym odwrócił się do mnie plecami, nie skinąwszy mi nawet na pożegnanie, a gdy podchodził ku drzwiom, słyszałem jak mówi do Dunkana, nazywając mnie „ot sobie jakimś chłystkiem bez koligacji, który nie zna nawet własnego ojca”. Mimo że słowa te przejęły mnie gniewem, a moja nieświadomość wstyd we mnie obudzała, to przecież nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu na myśl, że człowiek, który znajdował się niemal w sidłach sprawiedliwości (istotnie powieszono go w trzy lata później) był tak skrupulatny co do rodowodu swych znajomych.
W sam raz gdy był w drzwiach, spotkał wchodzącego Alana. Obaj cofnęli się i spoglądali jeden na drugiego jak dwa psy, co widzą się po raz pierwszy. Obaj byli niewielkiego wzrostu, lecz wyglądali na wielce nadętych dumą. Każdy z nich miał u boku szablę, zaś w chwili obecnej jeden i drugi poruszeniem uda potrącił jej rękojeść, żeby łatwiej było ją pochwycić i obnażyć brzeszczot.
— Pan Stuart, jak sądzę — rzecze Robin.
— Juści287, panie Macgregor, jest to nazwisko, którego nie trzeba się wstydzić — odparł Alan.
— Nie wiedziałem, że waszmość przebywasz w mym opolu288 — powiada Robin.
— Pomnę, że znajduję się w opolu mych druhów Maclarenów — rzekł Alan.
— W tym cała trudność — odciął się tamten. — Różnie by można o tym mówić. Ale zdaje mi się, żem słyszał, iż waćpan tęgo władasz szablą?
— O ile nie jesteś głuchy od urodzenia, panie Macgregor, tedy posłyszysz jeszcze o wiele więcej — rzecze Alan. — Nie jestem w Appinie jedynym człowiekiem, który umie obchodzić się ze stalą, a kiedy mój krewniak, kapitan Ardshiel, przed niedawnym czasem przemówił się ostro z pewnym szlachcicem twego nazwiska, nie słyszałem jakoby Macgregor lepiej się spisał.