— Rad jestem, iżem spotkał waszmości, panie Thomson — ozwał się rejent. — Atoli nie wziąłem z sobą okularów, a nasz wspólny przyjaciel, obecny tu pan Dawid — (to mówiąc, poklepał mnie po ramieniu) — poświadczy, iż jestem prawie ślepy; toteż nie dziw się waćpan, gdybym przypadkiem jutro cię nie poznał.
Mówiąc to, myślał, że ucieszy Alana; atoli próżność tego górala gotowa była czuć się urażoną nawet z bardziej błahych przyczyn niż obecna.
— Ba, panie szanowny — odrzekł oschle — powiedziałbym, że to fraszka, zwłaszcza, że zeszliśmy się tu w określonym celu, mianowicie po to, by przywrócić pana Balfoura do praw jemu należnych, potem zaś, o ile mi się zdaje, nie będziemy mieć chyba nic z sobą wspólnego. Wszakoż przyjmuję pańskie usprawiedliwienie, które było bardzo stosowne.
— Na niczym więcej mi już nie zależy, panie Thomson — ozwał się Rankeillor serdecznie. — Teraz zaś, ponieważ waćpan i ja jesteśmy głównymi aktorami w tym przedsięwzięciu, sądzę, że powinniśmy wejść w bliższe porozumienie; w tym celu proszę waćpana, żebyś był uprzejmy podać mi ramię, gdyż wobec zmroku i braku okularów nie jestem całkiem pewny drogi, ty zaś, panie Dawidzie, znajdziesz w osobie Torrance’a miłego towarzysza pogawędki. Tylko niechże mi będzie wolno ci przypomnieć, że zbyteczna, by ów miał słyszeć coś jeszcze o twoich przygodach lub o przygodach mości... hm... pana Thomsona.
Tak więc oni we dwójkę poszli naprzód, gwarząc z sobą coś poufnie i po cichu, a Torrance i ja postępowaliśmy za nimi w odwodzie.
Noc już była zupełna, gdyśmy obaczyli w dali mroczne zręby dworu w Shaws. Było już po dziesiątej; wszędy było ciemno i cicho, jedynie od południowego zachodu ciągnął miły, szumiący wiaterek, który przygłuszał głos naszych kroków. Gdy podeszliśmy bliżej, w żadnej części gmachu nie było widać nawet najniklejszego światełka ni odbłysku; wnosić stąd można było, że stryj już leżał w łóżku, co dla naszych knowań było zaiste najdogodniejszą okolicznością. Zatrzymawszy się o jakie pięćdziesiąt sążni opodal, odbyliśmy szeptem ostatnią naradę, po czym my we trzech, rejent, Torrance i ja, podpełzliśmy cichaczem i przyczailiśmy się poza węgłem domu, a skoro stanęliśmy już na oznaczonych miejscach, Alan, nie ukrywając się zgoła, postąpił ku drzwiom i zaczął się do nich dobijać.
Rozdział XXIX. Wkraczam do mego królestwa
Alan tłukł we drzwi przez czas dość długi, ale jego kołatanie budziło jedynie głuche echa we dworze z przyległościami. W końcu jednak posłyszałem zgrzyt z lekka odmykanego okienka i poznałem, iż mój stryj już podszedł do swej strażnicy. W jakim takim świetle późnego wieczoru mógł dostrzec Alana, stojącego jak mroczny cień na schodkach. Trzej świadkowie byli całkowicie ukryci przed jego wzrokiem, tak iż nie było nic takiego, coby mogło zaniepokoić uczciwego człowieka w jego własnym domu. Pomimo to, ów przez chwilę w milczeniu przyglądał się przybyszowi, a gdy przemówił, głos jego drgał obawą.
— Cóż to takiego? — powiada. — Noc to nieodpowiednia pora dla przyzwoitych ludzi, a ja nie chcę mieć nic wspólnego z nocnymi włóczęgami. Co waćpana tu sprowadza? Zwracam uwagę, że mam garłacz321.
— Czy to pan, panie Balfour? — odparł Alan, cofając się parę kroków i pozierając w górę skroś ciemności. — Schowaj no ten garłacz; paskudna rzecz poczynać sobie w ten sposób.