— Co cię tu przywiodło? I ktoś ty? — ozwał się stryj gniewnie.
— Nie mam bynajmniej chęci roztrąbiać moje imię na całą okolicę — rzekł Alan — a co mnie tu przynosi, to całkiem inna sprawa, która dotyczy raczej waćpana niż mnie.
— A mianowicie? — zapytał stryj.
— Dawid — odrzekł Alan.
— Co takiego? — krzyknął stryj głosem mocno zmienionym.
— Czyż więc mam podać waćpanu i resztę nazwiska? — zapytał Alan.
Nastała chwila ciszy.
— Sądzę, że najlepiej będzie, gdy wpuszczę waćpana do swego domu — ozwał się znów stryj, tym razem jakoś żałośnie.
— A jakże! — rzekł Alan. — Ale w tym sęk, czy zechcę wnijść. Teraz ja powiem waćpanu, co sądzę. Sądzę, że sprawę powinniśmy obgadać tu, na tym progu... i tylko tu albo nigdzie, niechby się działo nie wiem co! Albowiem chciałbym waćpanu pokazać, że jestem uparty jak on sam, a pochodzę z lepszej rodziny szlacheckiej.
Ta zmiana tonu zmieszała Ebenezera; przez chwilę żuł w sobie te słowa, a potem znów się odezwał: