— No, dobrze, dobrze, co musi być, to już musi! — po czym zatrzasnął okienko. Jednakże sporo czasu zabrało mu zejście na dół, a jeszcze więcej odsuwanie wrzeciędzy322, bo (jak wnoszę) za każdym niemal krokiem, przy każdej sztabie lub zasuwie, żałował swej decyzji i doznawał nowych wstrząsów trwogi. Bądź co bądź, w końcu usłyszeliśmy skrzyp zawiasów, po czym mi się wydało, że stryj wymknął się cichcem na dwór i widząc, że Alan cofnął się wstecz na jakie dwa kroki, natychmiast usadowił się na najwyższym stopniu przedproża, dzierżąc garłacz w pogotowiu obiema rękami.

— A teraz — przemówił — chciej aść pamiętać, że mam garłacz, a jeżeli podejdziesz bliżej choć na krok, ustrzelę cię jak psa.

— Nie ma co mówić, grzeczna rozmowa! — rzecze Alan.

— Nie — prawi na to mój stryj — jeno sprawa jest ryzykowna, a zatem winienem być na wszystko przygotowany. Teraz zaś, skoro już rozumiemy się wzajemnie, możesz mi aść323 wyjawić, co cię tu sprowadza.

— I owszem — rzecze Alan. — Waćpan, który tak się na wszystkim rozumiesz, pewno już poznałeś, że jestem szlachcicem z Podgórza. Moje nazwisko nie ma tu nic do rzeczy, ale dziedzina mych druhów znajduje się nieopodal wyspy Mull, o której pewno słyszałeś. W owych to stronach rozbił się podobno pewien okręt; nazajutrz potem jeden z mych krewniaków chodził po wydmach piaskowych, zbierając drzazgi z okrętu, przydatne na opał, gdy natknął się na chłopca, co był już na poły topielcem. Otóż krewniak mój ocucił tego biedaka, po czym z pomocą drugiego szlachcica wziął go i umieścił w starym, zrujnowanym zamku, gdzie od tego czasu aż po dziś dzień moi przyjaciele łożyli nań wiele pieniędzy. Moi przyjaciele mają dość dzikie obyczaje i nie bawią się w ceregiele prawne, jak inni, których mógłbym tu wymienić; toteż przekonawszy się, że chłopiec należy do cnej rodziny i jest rodzonym bratankiem waszmości, panie Balfour, przykazali mi, bym waćpana odwiedził i omówił z nim tę sprawę. Mogę zaś waćpana już z góry uprzedzić, że jeżeli nie przystaniesz na pewne warunki, tedy małe jest prawdopodobieństwo, byś go miał kiedy oglądać na oczy. Albowiem z moimi przyjaciółmi — dodał prostodusznie — nie ma co żartować.

Stryj odchrząknął.

— Nie bardzo mnie to obchodzi — odezwał się. — Był to niedobry chłopak, więc ani myślę nim się zajmować.

— Hale, hale! — rzecze Alan. — Widzę, do czego waćpan zmierzasz; udajesz, że cię to nie obchodzi, bo chcesz by okup był mniejszy.

— Nie — odparł stryj — jest to szczera prawda; nie dbam wcale o tego chłopca, ani też nie złożę żadnego okupu. Róbcie sobie z nim, co tylko się wam żywnie podoba!

— Spokojniej, dobrodziejku! — rzecze Alan. — Krew to nie woda, do stu diabłów! Z samego wstydu nie wolno waćpanu opuścić bratanka, a gdybyś to uczynił i doszłoby to do uszu ludzkich, to, o ile się nie mylę, nie przyniosłoby ci to wielkiego miru u współpowietników324!