Może się to wam wydać dziwnym, ale mimo całej zgrozy, jaką przejmował mnie ten człowiek, czułem przecie litość dla niego. Był on żonaty, a małżonka mieszkała w Leith, ale czy miał potomstwo, czy nie miał, to mi już wyleciało z pamięci; bodaj jednak był bezdzietny.

Koniec końców, nie było to jeszcze życie nazbyt uciążliwe, póki mi się tak wiodło — co jednak (jak niebawem posłyszycie) nie trwało długo. Żywiono mnie dobrze, jak samą starszyznę; częstowano mnie nawet marynowanymi owocami, które uchodziły za największy przysmak, a gdyby mi się podobało, mógłbym upijać się od rana do nocy, jak pan Shuan. Miałem ponadto towarzystwo i to nawet dobre towarzystwo w swoim rodzaju. Pan Riach, który niegdyś kształcił się w akademii, rozmawiał ze mną po przyjacielsku (o ile nie był nadąsany) i opowiadał mi wiele ciekawych rzeczy, z których niejedna była pouczająca; zresztą nawet i kapitan, choć przeważnie trzymał mnie na odległość kija od siebie, czasami stawał się przystępniejszy i opowiadał mi o pięknych krajach, jakie zwiedził.

Cień biednego Ransome’a, ma się rozumieć, ciężył na duszy wszystkim nam czterem, nade wszystko zaś mnie i panu Shuanowi. Poza tym miałem jeszcze inną, osobistą zgryzotę. Oto zmuszony byłem parać się pracą pospolitą i służebną dla trzech ludzi, na których patrzyłem z pogardą i z których przynajmniej jeden winien był dyndać na szubienicy; tak było na razie — ale myśląc o przyszłości, mogłem jedynie widzieć samego siebie jako niewolnika, pracującego pospołu z murzynami w plantacjach tytoniu. Pan Riach, zapewne przez ostrożność, nie pozwalał mi już nigdy pisnąć ani słówka o moich przygodach; kapitan, do którego starałem się zbliżyć, odtrącał mnie jak psa i nie chciał słyszeć o niczym; toteż w miarę, jak upływał dzień za dniem, coraz to bardziej podupadałem na duchu, aż wreszcie nawet cieszyłem się pracą, która nie dawała mi czasu na rozmyślania.

Rozdział IX. Człowiek z trzosem złota

Tak upłynął z górą tydzień, a w jego ciągu zaczęło się coraz to silniej dawać we znaki niepowodzenie, które i dotąd prześladowało nas w tej podróży. Przez kilka dni Zgoda ledwie że się posuwała, ba nawet kiedy indziej wręcz szła z powrotem. Na koniec zbiliśmy się z drogi tak daleko na południe, że przez cały dzień dziewiąty trzeba było się tłuc i lawirować, mając przed oczyma przylądek Wrath i dzikie skaliste wybrzeża po obu jego bokach. Z tego powodu odbyła się narada oficerów i powzięto na niej jakowąś uchwałę, której nie zrozumiałem dokładnie, jedno obaczyłem, co było jej wynikiem: otośmy poddali się wiatrowi przeciwnemu i pędziliśmy na południe.

Dziesiątego dnia popołudniu wzdęte morze zaczęło przycichać i rozpostarła się gęsta, wilgotna, biała mgła, tak iż z jednego końca brygu nie było widać, co się dzieje na drugim. Przez całe popołudnie, ilekroć przechodziłem przez pokład, widziałem oficerów i załogę, nadsłuchujących pilnie „dunugi”, jak powiadali, a chociaż nie rozumiałem nawet samego wyrazu91, wietrzyłem jakieś niebezpieczeństwo i byłem zaniepokojony.

Może około godziny dziesiątej wieczorem usługiwałem przy wieczerzy panu Riachowi i kapitanowi, gdy nagle okręt ugodził w coś z wielkim łoskotem i posłyszeliśmy rozbrzmiewające jakoweś głosy. Obaj moi zwierzchnicy skoczyli na równe nogi.

— Okręt się rozbił! — rzecze pan Riach.

— Nie, mości panie — odpowie kapitan. — Najechaliśmy tylko na jakieś czółno.

Wybiegli na pokład. — Kapitan miał słuszność. Najechaliśmy we mgle na jakąś łódź, ta zaś rozpękła się w pół i poszła na dno z całą załogą z wyjątkiem jednego człowieka. Ów człowiek (jakem się później dowiedział) znajdował się był na rufie jako pasażer, gdy tymczasem inni siedzieli na ławach, wiosłując. W chwili uderzenia rufa została wyrzucona w górę, a ów człowiek, mając ręce swobodne, zdołał (mimo że obarczony był fryzowym płaszczem, sięgającym mu do kolan) skoczyć w górę i pochwycić buszkpryt92 brygu. Musiał snadź93 mieć szczęście, wielką zręczność i niepospolitą siłę, że zdołał się tym sposobem wydobyć cało z takiego przejścia. Bądź co bądź, gdy kapitan wprowadził go do czatowni i oczy moje pierwszy raz na nim spoczęły, wyglądał tak spokojnie, jak ja sam.