Był on wzrostu niewielkiego, ale dobrze zbudowany i zwinny jak koziołek; z oblicza biła mu szczerość i poczciwość, ale było ono mocno ogorzałe od słońca, a przy tym piegowate i dziobate od ospy; oczy miał niezwykle błyszczące, a w nich hasała mu jakaś fanaberia, jednocześnie niepokojąca i budząca dlań przychylność. Zdjąwszy płaszcz, położył na stole dwie w srebro oprawne krócice i spostrzegłem, że do boku miał przypasany wielki pałasz. Obejście miał wytworne, a do kapitana przepił bardzo uprzejmie. W ogóle od pierwszego wejrzenia nabrałem o nim mniemania, że tego człowieka winienem zwać raczej przyjacielem niż wrogiem.

Kapitan też ze swej strony czynił spostrzeżenia, ale raczej co do jego stroju niż osoby. I ma się rozumieć, że ledwo przybysz zdjął z siebie przydługi płaszcz, wydał się niebywale strojny na tle izby oficerskiej kupieckiego brygu: miał kapelusz z piórami, czerwoną kamizelkę, pluderki94 czarne pilśniowe i błękitny kaftan ze srebrnymi guzikami i pięknymi srebrnymi galonami, słowem, szaty kosztowne, choć nieco wyniszczone od wilgoci i od dłuższego w nich spania.

— Bardzo mi żal tej łodzi, mości panie — rzekł kapitan.

— Utonęło mi paru dzielnych ludzi — odrzekł przybysz — wolałbym ci95 ich obaczyć znowu na suchym lądzie aniżeli tuzin łodzi.

— Czy wasi przyjaciele? — rzekł Hoseason.

— Asan96 nie znalazłbyś takich przyjaciół we własnym kraju — brzmiała odpowiedź. — Oni by gotowi, jak psy, życie za mnie położyć.

— Ejże, mości panie — rzecze kapitan, wciąż mu się przypatrując — więcej ci97 na świecie jest ludzi niż łodzi, które by mogłyby ich pomieścić.

— I to też prawda — zawołał tamten — a waszeć mi się wydajesz człowiekiem bardzo przenikliwym.

— Byłem ci i ja we Francji, mości panie — rzekł kapitan takim tonem, iż łacno się było domyśleć, że słowom tym nadawał większe znaczenie, niżby można było sądzić z ich pozoru.

— Bardzo to pięknie, mości panie — rzecze tamten — a jeżeli o to chodzi, to bywało i wielu innych.