— Nie masz wątpliwości, panie łaskawy — powiada na to kapitan — a piękną macie odzież.
— Oho! — rzecze nieznajomy. — To w tę stronę wiatr dmucha? — i wraz98 też szybkim ruchem położył dłoń na pistoletach.
— Nie gorączkuj się waszmość — odpowiedział kapitan. — Nie wywołuj burdy, zanim się przekonasz o jej potrzebie. Waćpan masz na grzbiecie kabat żołnierzy francuskich, a w gębie język szkocki, to wiadomo... ale w czasach dzisiejszych wielu ludzi zacnych chodzi w ten sposób, więc ja zgoła się tym nie gorszę.
— Tak? — rzecze jegomość w pięknym kabacie. — Więc aść99 należysz do zacnego stronnictwa? — (chciał przez to powiedzieć „Czy jesteś jakobitą?”, gdyż w razie obywatelskich niesnasek każde stronnictwo przywłaszcza sobie miano zacnego).
— Owszem, mości panie — odparł kapitan — jestem nieprzejednanym protestantem, Bogu niech za to będą dzięki — (Było to pierwsze słowo o jakiejkolwiek religii, jakie usłyszałem z ust jego, ale później się dowiedziałem, że gdy bawił na lądzie, uczęszczał bardzo przykładnie do świątyni Pańskiej). — Mimo to jednak byłbym zmartwiony, gdyby mi przyszło widzieć kogoś postawionego plecami do muru.
— Byłbyś asan istotnie zmartwiony? — zapytał jakobita100. — Przeto, mości panie, żeby być z waszmością całkiem szczery, wyznam ci, żem jest jeden z owych uczciwych ślachciców, którzy byli zamieszani w wypadki roku czterdziestego piątego i szóstego; a ponadto (by całkiem jasno postawić sprawę z waszmością) jeżelibym wpadł w ręce któregoś że szlachty sprzyjającej czerwonym kubrakom, prawdopodobnie byłoby ze mną krucho. Obecnie, mości panie, wybierałem się do Francji, a w tych stronach krążył statek francuski, który miał mnie wziąć na pokład; tymczasem statek ten wyminął nas we mgle... życzę sobie z głębi serca, żebyście to wy byli uczynili! A nie mogę wam powiedzieć nic lepszego ponad te słowa: jeżeli możecie wysadzić mnie na ląd tam, dokąd się wybierałem, to mam przy sobie tyle, iż mogę was sowicie wynagrodzić za fatygę.
— Do Francji? — rzecze kapitan. — Nie, mości panie, tego uczynić nie mogę. Ale jeżeli zawieść was tam, skąd przybywacie... to o tym możemy pomówić.
Wtem, na nieszczęście, spostrzegł, że stoję obok w kącie, więc pchnął mnie do kuchni, bym przyniósł onemu panu wieczerzę. Ręczę wam, że nie traciłem czasu; kiedym zaś powrócił do czatowni, ujrzałem, że szlachcic odpiął kaletę, przypasaną do kamizelki i wydobywszy z niej ze dwie gwinee, położył je na stole. Kapitan przyglądał się to gwineom, to trzosowi, to twarzy szlachcica, a wydało mi się, że był podniecony.
— Połowę tego — zawołał — a będę na wasze usługi.
Tamten zgarnął gwinee do kalety i ukrył ją z powrotem pod kamizelkę.