— Powiedziałem waćpanu — że ani grosz z tej sumy nie należy do mnie. Jest to własność mego dowódcy — tu dotknął kapelusza — a o ile byłbym głupim wykonawcą rozkazu, iżbym wzdragał się poświęcić ich cząstkę dla ocalenia wszystkiego, to okazałbym się istnym psem, okupując me ciało zbyt drogo. Trzydzieści gwinei za dojazd do brzegu, a sześćdziesiąt, jeżeli mnie dowieziesz do Linnhe Loch. Weź to asan, jeśli ochota, w przeciwnym razie sam sobie możesz zaszkodzić.

— Ho-ho! — ozwie się Hoseason. — A jeżeli wydam waćpana żołnierzom?

— Kiepskiego targu waćpan byś dokonał — rzecze tamten. — Mój zwierzchnik, trzeba wiedzieć waszeci, jest pozbawiony swych praw, jak wszyscy ludzie uczciwi w Szkocji. Jego dobra są w ręku człowieka zwanego królem Jerzym, a jego urzędnicy ciągną z nich zyski albo starają się je wyciągnąć. Ale powiem to na chwałę Szkocji, że biedni dzierżawcy myślą o swym panu znajdującym się na wygnaniu, a te pieniądze są częścią owej właśnie daniny, której poszukuje król Jerzy. Otóż aść mi się wydajesz człowiekiem znającym się na rzeczy: jeżeli więc oddasz te pieniądze w posiadanie rządowi, ileż z nich tobie się okroi?

— Niewiele, to pewna — odrzekł Hoseason, po czym dorzucił oschle — o ile się dowiedzą. Ale sądzę, że gdybym spróbował, potrafiłbym przecie utrzymać język za zębami.

— O, wtedy ja waćpana wystrychnę na dudka! — zawołał szlachcic. — Próbuj aść101 oszustwa, a ja ci odpowiem przebiegłością. Jeżelibym tylko został pojmany, oni wraz102 będą wiedzieli, co to za pieniądze.

— No dobrze — wywinął sprawę kapitan — jak mus, to mus. Sześćdziesiąt gwinei i kwita. Masz waszmość na to mą prawicę.

— A waćpan moją — odrzekł tamten.

Zaraz też kapitan wyszedł — nieco pośpiesznie, jak mi się wydawało — i zostawił mnie w czatowni sam na sam z nieznajomym.

W tym okresie (tak niedługo po roku... czterdziestym piątym) wielu wygnanych szlachty z narażeniem życia powracało do ojczyzny, bądź w tym celu, by obaczyć swych przyjaciół, bądź też ażeby zebrać nieco pieniędzy; zaś co się tyczy naczelników góralskich i wyjętych spod prawa, to powszechnie opowiadano, jak ich dzierżawcy sami sobie od ust odejmowali, byle swoim panom posyłać pieniądze, a ich współplemieńcy stawiali opór żołnierzom chcącym je ściągać i przemykali się wśród naszej wielkiej floty, by je dowieźć na miejsce przeznaczenia. Wieści o tym, ma się rozumieć, już dawniej dochodziły do moich uszu; teraz zaś miałem przed oczyma człowieka, którego życie bodaj jeszcze więcej należało się sądowej kaźni, boć był on nie tylko rokoszaninem i przemytnikiem czynszów, ale, co gorsza, wstąpił był w służbę króla Francji, Ludwika. A jak gdyby jeszcze tego nie dość było, dokoła lędźwi miał pas pełny gwinei... Jakiekolwiek były me poglądy, nie mogłem bez wielkiego zainteresowania patrzeć na tego człowieka.

— Więc waszmość jesteś jakobitą? — ozwałem się, zastawiając przed nim jadło.