— Tak — odrzekł, zabrawszy się do jedzenia. — Asan zaś, wnosząc z jego podłużnej twarzy, jest chyba wigiem103?
— Tak sobie — powiedziałem, żeby go nie martwić, bo w istocie byłem wigiem, tak żarliwym, na jakiego mnie tylko zdołał wykierować pan Campbell.
— E, to nic! — rzecze on na to. — Natomiast powiem ci, mości Tak-sobie, że ta twoja butelka już jest pusta, a byłoby źle, gdybym miał płacić sześćdziesiąt gwinei i w zamian nie otrzymał nawet kapki gorzałczyny.
— Pójdę i poproszę o klucz — ozwałem się i wyszedłem na pokład.
Mgła była tak gęsta jak przedtem, ale rozhukanie morza niemal przycichło. Zdano bryg na łaskę bałwanów, ponieważ nie było dokładnie wiadomo, gdzie się znajdujemy, a wiatr (nader słabiuchny) nie sprzyjał właściwemu kierunkowi żeglugi. Kilku marynarzy jeszcze nadsłuchiwało, czy nie słychać dunugi, ale kapitan i dwaj oficerowie stali na średnim pokładzie, pochyliwszy się ku sobie głowami. Tknęło mnie (sam nie wiem, czemu to przypisać), że knowali coś niedobrego, a pierwsze słowo, jakie posłyszałem, podszedłszy do nich cichaczem, aż nadto mnie w tym upewniło. W sam raz bowiem pan Riach, jak gdyby mu jakaś myśl z nagła strzeliła do głowy, wykrzyknął:
— Czyż nie możemy wywabić go podstępem z czatowni?
— Lepiej niech pozostanie tam gdzie dotychczas — odparł Hoseason — tam nie będzie miał miejsca, by posłużyć się bronią.
— Prawdać104 i to — rzekł Riach — ale trudno go tam podejść.
— Ba! — rzecze Hoseason. — Możemy wyciągnąć go na rozmowę, wziąć go z dwóch stron pomiędzy siebie i zakłuć dwoma kordelasami, albo jeżeli to się nie uda, mości panie, możemy wpaść z obu stron przez dźwierze105 i dostać go w ręce, zanim będzie miał czas imać się106 pałasza.
Gdym to usłyszał, porwał mnie jednocześnie lęk i gniew na tych wiarołomnych, chciwych i okrutnych ludzi, z którymi przypadło mi żeglować. Zrazu myślałem uciekać, ale za chwilę już nabrałem więcej odwagi.