On ze swej strony opowiadał mi dużo o swej pracy i o ludziach, wśród których pracował, o ukrywających się księżach i jakobitach, o dekrecie rozbrojenia i o innych ciekawostkach owych czasów i okolic. Wydał mi się człekiem wyrozumiałym; stawiał parę zarzutów parlamentowi, szczególnie zaś ten, że dekret zawierał surowsze zarządzenia przeciw tym, którzy nosili strój góralski, niż przeciwko tym, którzy nosili oręż.

Ta wyrozumiałość nasunęła mi myśl, by zapytać go o Rudego Lisa i dzierżawców Appińskich; pytania te, jak mniemałem, mogły się wydawać zgoła naturalne w ustach człeka podróżującego w te okolice.

On odrzekł, iż ta sprawa źle się przedstawia.

— Dziwić się należy — powiadał — skąd dzierżawcy wynajdują pieniądze, gdyż życie ich to istna głodówka. Aść nie nosisz przy sobie takiej rzeczy, jak tabaka, panie Balfour? Nie? No, to mogę się bez niej obyć. Ale ci dzierżawcy (jakom powiadał) są bez wątpienia poniekąd zniewalani do tego. Jakub Stuart w Duror (ów, którego zwą Jakubem z Wąwozów) jest przyrodnim bratem Ardshiela, naczelnika klanu; ten zaś jest człekiem bardzo poważanym i sprawuje surowe rządy. Ponadto jest też człek, zwany Alan Breck...

— Ach! — wykrzyknąłem. — I cóż o nim wiadomo?

— A cóż wiadomo o wichrze, który wieje, kędy mu się żywnie podoba? — rzekł Henderland. — On chadza tędy i owędy; dziś przyjdzie, jutro odejdzie, skrada się jak żbik po wrzosowiskach. Możeć on w tej chwili przygląda się nam obu spoza tamtego krzaka tarniny... nie dziwiłbym się wcale, gdyby tak było! Nie ma aść przy sobie przypadkiem tabaki?

Odpowiedziałem, że nie mam, nadmieniając, że zapytywał mnie już o to niejednokrotnie.

— Bardzo możliwe — rzekł wzdychając. — Atoli wydaje mi się rzeczą dziwną, iż aść jej nie nosisz. W każdym razie, jakom powiadał, ten Alan Breck to zuchwały, desperacki drapichrust i powszechnie wiadomo, że jest prawą ręką Jakuba. Na jego głowę już z dawna nałożono cenę; on jednak niczego się nie lęka i jest też rzeczą możliwą, że gdyby któryś z dzierżawców wzbraniał się go posłuchać, dostałby pchnięcie sztyletem pod żebro.

— Przykre sprawy opowiadasz mi, panie Henderland — powiadam na to. — Jeżeli obie strony jedynie wywierają postrach, to już nie chcę słuchać o tym wszystkim.

— Nie — odrzekł pan Henderland — jest ci w tym i miłość, i poświęcenie, które mogłoby zawstydzić takich, jak ty i ja. Jest w tym coś pięknego; może niezupełnie po chrześcijańsku, ale po ludzku bardzo to piękne. Nawet Alan Breck, wnosząc ze wszystkiego, com o nim słyszał, jest rycerzem zasługującym na szacunek. W naszych stronach trafi się niejeden, co przesiaduje w kościele i ma mir u ludzi, a jest może daleko gorszym człowiekiem, panie Balfour, aniżeli ten zbłąkany na złe drogi rozlewca krwi ludzkiej. Tak, tak, moglibyśmy od nich pobierać naukę... Asan pewno mniemasz, żem spędził czas dłuższy na Pogórzu? — dodał, uśmiechając się.