Odpowiedziałem, że bynajmniej, bom ci ja sam widział u górali wiele rzeczy podziwu godnych, a jeżeli o tym mowa, to i sam pan Campbell był rodem z Pogórza.
— Tak — odrzekł mój towarzysz. — Zacna to krew.
— A po co tu przybył pełnomocnik królewski? — zagadnąłem.
— Colin Campbell? — ozwał się Henderland. — Wetknął nos do ula pszczelnego!
— On ma siłą wpływać na dzierżawców, jako słyszę! — rzekłem.
— Tak — odpowiedział Henderland — ale sprawa chadzała różnymi drogami, jak powiadają ludziska. Z początku Jakub z Wąwozów pojechał do Edynburga, znalazł tam sobie jakiegoś prawnika (pewno Stuarta — oni wszyscy lgną jeden do drugiego, jak gacki pod strychem kościelnym) i udało mu się wstrzymać zarządzenia. Potem przybył znów Colin Campbell i uzyskał przewagę nad radą podatkową. Teraz zaś opowiadają mi, że najpierwsi z dzierżawców mają jutro opuścić swe sadyby. Rozpocznie się to podobno w Duror pod samymi oknami Jakuba, co, jak mogę miarkować, nie jest zbyt mądrym postępkiem.
— Czy waszmość sądzisz, że dojdzie do walki? — zapytałem.
— Ba! — rzecze Henderland — oni są rozbrojeni... albo tak o nich przypuszczają... gdyż w cichych kącikach ukrywa się jeszcze sporo zimnej stali. Po wtóre Colin Campbell może ściągnąć żołnierzy. Mimo to wszystko ja na miejscu jego żony nie byłbym o niego spokojny, ażbym zobaczył go z powrotem w moim domu. Podstępne to franty, te Stuarty Appińskie.
Zapytałem go, czy są gorsi od swych sąsiadów.
— Bynajmniej — odrzekł. — I z tym właśnie jest najcięższa sprawa. Albowiem jeżeli Colin Roy zdoła uporać się ze swymi trudnościami w Appinie, musi zmagać się z nimi na nowo w najbliższej włości, zwanej Mamore, która należy do dzierżaw Cameronów. W obu tych włościach jest on rządcą z ramienia króla i z obu ma wypędzić dzierżawców; i prawdę mówiąc, panie Balfour (chcę być z waćpanem szczery), mam przekonanie, że jeżeli uda mu się wyjść na sucho z jednej włości, to w drugiej czeka go niechybna śmierć