Tak to gwarzyliśmy sobie, idąc razem przez większą część dnia; na koniec pan Henderland, wyraziwszy radość z mego towarzystwa i zadowolenie ze spotkania z przyjacielem pana Campbella („którego — oświadczył — ośmielę się nazwać słodkim śpiewakiem naszego zgodnego201 Syjonu”), prosił mnie, bym urządził sobie mały postój, zatrzymując się na nocleg w jego domu niedaleko za Kingairloch. Prawdę mówiąc, byłem wielce rad temu, gdyż nie bardzom tęsknił do Jana z Claymore, a od czasu mych nieporozumień, najpierw z przewodnikiem, a następnie z przewoźnikiem-szlachcicem, czułem pewną obawę w stosunku do nieznanych mi górali. Toteż uścisnęliśmy sobie ręce na znak zgody i doszliśmy popołudniu do małego domku stojącego samotnie na brzegu Linnhe Loch. Słońce przeszło już było na drugą stronę opustoszałych gór Ardgour, ale po drugiej stronie oświecało w dali wierchy Appinu; odnoga morska spoczywała cicho jak śródlądowe jezioro, jedynie rybitwy swarzyły202 się dokoła jej brzegów; cała ta miejscowość tchnęła ciszą i namaszczeniem.

Ledwośmy doszli do drzwi mieszkania pana Henderlanda, gdy on ku memu wielkiemu zdumieniu (jako żem był teraz nawykł do grzeczności górali), gburowato przesunął mi się przed nosem, wpadł do pokoju, pochwycił jakąś czarkę i leżącą obok łyżeczkę i począł zapychać sobie nos wprost niebywałą ilością tabaki. Wnet dostał napadu serdecznego kichania, po czym obejrzał się na mnie z nieco głupkowatym uśmiechem.

— Jest to ślub, jaki uczyniłem — ozwał się. — Uczyniłem ślub, że nie będę z sobą nosił tabaki. Niewątpliwie jest to wielkie umartwienie, ale skoro pomyślę o męczennikach chrześcijaństwa, to prawdziwie wstydzę się o tym wspominać.

Gdyśmy sobie powieczerzali (a kasza i żętyca były najlepszym daniem, na jakie mógł zdobyć się poczciwiec), on przybrał poważny wyraz oblicza i oświadczył, że ma do spełnienia jedną powinność względem pana Campbella, a mianowicie zbadać stosunek mej duszy do Boga. Od czasu owego zajścia z tabaką miałem ochotę śmiać się z tego człowieka; atoli nie trzeba było wielu jego słów, by mi łzy napłynęły do oczu. I chociażem niemało się puszył swymi przygodami i tym że, jak to mówią, wyszedłem z nich z sztandarem chlubą okrytym, to jednak niebawem on doprowadził mnie do tego, iżem ukląkł koło starego, prostodusznego człeczyny, radując się i szczycąc zarazem pobytem w tym miejscu.

Zanim udaliśmy się na spoczynek, on ofiarował mi na drogę sześć pensów z małego zapasiku, który przechowywał w torfowej ścianie swego domu; nie wiedziałem doprawdy, co począć wobec tego nadmiaru poczciwości. Ale pod koniec odnosił się on do mnie tak poważnie, iż sądziłem, że najprzyzwoiciej będzie pogodzić się z jego dziwactwami — toteż opuściłem go biedniejszym niż ja sam.

Rozdział XVII. Śmierć Rudego Lisa

Nazajutrz pan Henderland wynalazł mi człowieka, który posiadał własną łódkę i w celach rybołówstwa miał tego dnia popołudniu przeprawić się przez Linnhe Loch do Appinu. Tego namówił, by zabrał mnie z sobą, gdyż był to jeden z jego duchowej trzódki; w ten sposób oszczędziłem sobie długiej, całodziennej pielgrzymki tudzież opłaty za dwa publiczne przewozy, które inaczej musiałbym przebywać.

Było koło południa, gdyśmy odbili od brzegu; niebo było zacienione chmurami, a słońce przeświecało przez niewielkie przeziory. Morze było tu bardzo głębokie i spokojne i prawie nie znać było fal na jego powierzchni, tak iż musiałem dopiero zwilżyć wargi wodą, by przekonać się że była naprawdę słona. Góry po obu brzegach były wysokie, strome i niedostępne — nader czarne i posępne pod cieniem chmur, natomiast całe haftowane srebrem małych stoków wodnych, ilekroć oświetliło je słońce. Cała ta okolica — mówię o włości Appinu — wyglądała na pustkowie i nieużytki, niewarte, by nimi tyle się zajmować, jak to czynił Alan.

Jedna tylko rzecz zasługiwała na uwagę. Wkrótce potem, jakeśmy wyruszyli203 w drogę, promień słoneczny oświetlił małą szkarłatną plamkę, posuwającą się wzdłuż krawędzi wodnej ku północy. Czerwień tejże bardzo przypominała kabaty żołnierskie; ponadto od czasu do czasu ukazywały się tam małe skierki i błyśnięcia, jak gdyby słońce odbiło się w migotliwej stali.

Zapytałem mego przewoźnika, co to mogło być takiego, on zaś mi odpowiedział, że wedle jego przypuszczenia jest to oddział czerwonych żołnierzy, ciągnących z Fortecy Williama na Appin, przeciwko biednym czynszownikom miejscowym. Był to, zaiste, widok dla mnie przykry — i czy to zajęty byłem myślami o Alanie, czy też w sercu taiły mi się jakieś przeczucia, dość że jakkolwiek dopiero po raz drugi zdarzyło mi się widzieć wojaków króla Jerzego, nie żywiłem dla nich przyjaznego uczucia.