— Czy jeszcze czujesz się zmęczony? — zapytał mnie Alan.
— Nie — odparłem, kryjąc wciąż twarz w paprociach — nie, nie jestem już zmęczony i mogę mówić. Musimy rozstać się z sobą — dodałem po chwili. — Bardzom212 cię kochał, Alanie, ale twoje drogi nie są moimi, a nie są też zgodne z drogami bożymi: krótko mówiąc, musimy z sobą się rozłączyć.
— Nie chcę rozstawać się z tobą, Dawidzie, nie mając po temu przyczyny — rzekł Alan z wielką powagą. — Jeżeli masz mi cokolwiek do zarzucenia, tedy przynajmniej ze względu na dawną znajomość powinieneś mi o tym powiedzieć; jeżeli zaś nabrałeś jedynie wstrętu do mego towarzystwa, to właściwą dla mnie rzeczą będzie uważać się za obrażonego.
— Alanie — rzekłem na to — na cóż te słowa? Wiesz doskonale, że tam na drodze leży we krwi człek z rodziny Campbellów.
Alan milczał przez chwilę, po czym rzekł znowu:
— Czy słyszałeś kiedy opowieść o Człowieku i Dobrych Ludkach?
Mówiąc to, miał na myśli zjawy zaziemskie.
— Nie — odpowiedziałem — ani też nie mam ochoty jej słuchać.
— Za pozwoleniem waszmości, panie Balfour, ja mimo to waćpanu ją opowiem — rzecze Alan. Ów człowiek, trzeba aści wiedzieć, został wyrzucony na skałę śródmorską, gdzie podobno Dobrzy Ludkowie zwykli przybywać i odpoczywać, przeprawiając się do Irlandii. Skała ta nazywa się Skerryvore i znajduje się nieopodal od miejsca, gdzie rozbił się nasz okręt. Otóż ten człek, jak mówią, wołał w rozpaczy, żeby mu tylko dano ujrzeć przed śmiercią swoje nieletnie pacholę! A wołał tak żałośnie, że na koniec król Dobrych Ludków zlitował się nad nim i posłał jednego ze swych chochlików, który przyniósł w worku dzieciątko i złożył je koło rozbitka, gdy ów spał. Skoro więc człek ten się obudził, znalazł koło siebie sakwę, a w niej coś, co się poruszało. Otóż, jak się zdaje, był to jeden z tych przezornych ludzi, którzy zawsze w każdej rzeczy zwykli upatrywać co tylko być może najgorszego; toteż, gwoli większego bezpieczeństwa, przebił sztyletem ową sakwę, zanim ją otworzył... no i znalazł wewnątrz dziecko swe już nieżywe. Myślę sobie, panie Balfour, że aść jesteś wielce podobny onemu człowiekowi.
— Czy chcesz powiedzieć, żeś do tego wcale nie przykładał ręki? — zawołałem, siadając.