— Zwierzę ci się przede wszystkim, panie Balfour z Shaws, jak przyjaciel przyjacielowi — rzekł Alan — że gdybym zamierzał zabić szlachcica, zdarzyłoby się to nie w moich stronach rodzinnych, boć nie rad bym ściągać kłopotów na mój klan, a po wtóre nie chadzałbym bez szabli i broni palnej i z tą oto długą wędką rybacką na plecach.
— Juści — rzekłem — to prawda!
— A teraz — ciągnął dalej Alan, wydobywając puginał i kładąc na nim rękę w pewien określony sposób — przysięgam ci na to święte żelazo, że ani nie zdziałałem tego, ani nie brałem w tym udziału, ani nie przyłożyłem ręki, ani nie myślałem o tym.
— Dzięki Bogu! — zawołałem, podając mu rękę. On wszakoż zdawał się tego nie spostrzegać, mówiąc dalej:
— I tyle zachodów dla jakiegoś tam Campbella! O ile mi wiadomo, nie jest ich znów tak mało!
— W każdym razie — rzekłem — nie możesz mi brać tego za złe, gdyż wiesz doskonale, co opowiadałeś mi na brygu. Ale pokusa i czyn to dwie rzeczy różne, za co znów Bogu niech będą dzięki! Wszyscy możemy być narażeni na pokusę, ale z zimną krwią odbierać życie człowiekowi, Alanie!... — i przez chwilę nie mogłem z siebie wydobyć ni słowa, nareszcie gdym odzyskał głos, dodałem. — A czy wiesz, kto to uczynił? Czy znasz tego człowieka w czarnym surducie?
— Nie przypominam sobie dokładnie jego surduta — rzekł Alan przebiegle — ale w głowie mi się troi, że miał on barwę błękitną.
— Mniejsza z tym, czarny czy błękitny, ale czy go znasz? — zapytałem.
— Nie mogę z czystym sumieniem przysiąc na niego — rzecze Alan. — Szedł ci on213 tuż koło mnie, to prawda, ale rzecz osobliwa, żem w sam raz podówczas sznurował sobie chodaki.
— Czy możesz przysiąc, że go nie znasz, Alanie? — zawołałem na pół zgniewany, na pół mając ochotę do śmiechu.