— A, wy wykrętne łotry! Niech go który zrewiduje, a reszta wio! na górę i znieść tę skrzynię.
Słyszałem łoskot ich obcasów na naszych starych schodach: pewno cały dom aż dygotał od tych uderzeń. Za chwilę doleciały do mnie nowe krzyki zdumienia: ktoś w pokoju kapitana otworzył na oścież okno z trzaskiem i brzękiem tłuczonego szkła. W blasku księżyca widać było, jak wysunął stamtąd głowę i barki jakiś mężczyzna, który zwrócił się do ślepca stojącego poniżej na ulicy:
— Słuchaj, Pew! tu już był ktoś przed nami! Ktoś przetrząsnął cały kufer i przewrócił w nim wszystko do góry nogami.
— A czy t o się tam znajduje? — ryknął Pew.
— Pieniądze są.
Ślepiec zaklął odsyłając pieniądze do wszystkich diabłów.
— Mówię o piśmie Flinta! — krzyknął.
— W żaden sposób nie możemy go odszukać — odpowiedział tamten.
— Hej, wy na dole! czy nie znaleźliście tego przy Billu? — wołał znów ślepiec.
Na to przybiegł inny drab, widocznie jeden z tych, którzy zostali na dole, żeby obszukać zwłoki kapitana, i stanął w drzwiach mówiąc: