Bristol, gospoda „Pod Starą Kotwicą”, 1 marca 17...
Kochany Livesey’u!
Ponieważ nie wiem, gdzie Waćpan się obracasz, czy we dworze, czy w Londynie, więc posyłam list niniejszy w dwu egzemplarzach w oba miejsca.
Okręt już kupiony i wyporządzony. Stoi na kotwicy gotów do drogi. Pewno sobie Pan nie wyobrażał nigdy piękniejszego szonera19 — dziecko mogłoby na nim żeglować. Pojemność dwieście ton; nazywa się „Hispaniola”.
Nabyłem ten statek za pośrednictwem starego przyjaciela, Blandly’ego, który sam wypróbował należycie to zachwycające cacko. Czcigodny wiarus wprost zaprzedał się w mą służbę i mogę powiedzieć, że wszyscy w Bristolu prześcigają się w uprzejmości dla mnie; skoro tylko doczekamy się wiatru pozwalającego na odbicie od lądu, wyruszymy, jak mniemam, na poszukiwanie skarbów!
— Panie Redruth! — odezwałem się przerywając czytanie — doktor Livesey nie będzie zadowolony. Jaśnie pan wszystko wygadał...
— No, no, kto miał rację — burknął leśnik. — Zdaje mi się, że byłoby rzeczą dziwną, gdyby jaśnie pan nie wygadał wszystkiego doktorowi Livesey’owi.
Słysząc to, już nie kusiłem się o komentarze, lecz czytałem jednym tchem dalej:
Sam Blandly wynalazł „Hispaniolę” i dzięki zadziwiającemu sprytowi nabył ją za bajecznie niską cenę. W Bristolu nie brak ludzi zażarcie uprzedzonych do Blandly’ego. Ci nie wahają się mówić w oczy, że to chłopisko poczciwe z kośćmi dopuściło się szalbierstwa, jako że „Hispaniola” była jego własnością, a on sprzedał mi za cenę wyśrubowaną do niemożliwości — wszystko to najoczywistsza potwarz. Nikt z nich w każdym razie nie śmie odmówić okrętowi wielkich zalet.
Aż dotąd nie miałem trudności. Wprawdzie robotnicy — cieśle okrętowi i jak się tam jeszcze zowią — marudzili wstrętnie przy pracy, jednak czas zrobił swoje. Kłopot mi sprawiało jedynie zdobycie załogi.