Długi John opowiedział całe zdarzenie od początku do końca nadzwyczaj barwnie, choć trzymając się ściśle prawdy; po kilkakroć w ciągu opowiadania zwracał się ku mnie:

— Prawda, Hawkins, że tak było, jak mówię? — a ja zawsze potwierdzałem prawdziwość jego słów.

Obaj panowie bardzo żałowali, że Czarny Pies zdołał umknąć, lecz zgodziliśmy się, iż na to nie da się nic poradzić. Długi John wysłuchawszy pochwały wziął szczudło i oddalił się.

— Cała załoga ma się stawić na pokładzie dziś o czwartej po południu — wołał za nim dziedzic.

— Według rozkazu, panie! — odkrzyknął kucharz idąc dalej.

— No, mój panie — odezwał się doktor Livesey — na ogół nie mam wielkiego zaufania do pańskich odkryć, jednak przyznać muszę, że John Silver podoba mi się.

— To stary ćwik! — zawyrokował dziedzic.

— Wracając do rzeczy — dodał doktor — czy Jim może nam towarzyszyć na pokład?

— Ma się rozumieć, że może — zgodził się dziedzic. — Bierz kapelusz, Hawkinsie, pójdziemy obejrzeć okręt.

IX. Proch i broń