— Przenosimy proch — odpowiedział jeden.

— Na cóż to, do kroćset! — wrzasnął Długi John. — Jeżeli będziemy się tym bawić, to zmarnujemy poranny przypływ.

— Mój rozkaz! — rzekł krótko kapitan. — Mój drogi, idź, proszę do kuchni; wiara czeka na wieczerzę.

— Według rozkazu, panie kapitanie — odpowiedział kucharz i dotykając czupryny znikł natychmiast w stronie kuchni.

— To porządny człowiek, kapitanie — zauważył doktor.

— Bardzo możliwe — odparł kapitan Smollet, a podbiegając ku marynarzom, którzy przerzucali paki z prochem począł ich łajać.

— Lekko stawiać, ostrożnie... ludzie!

Wtem spostrzegłszy, że stoję bezczynnie i przyglądam się długiej mosiężnej śmigownicy31, znajdującej się na środku okrętu, huknął na mnie:

— Hej, chłopcze, precz od tego! Ruszaj do kucharza i pomagaj mu w pracy.

Gdy przebiegałem, słyszałem, jak mówił głośno do doktora: