I uszczypnął mnie znowu w sposób nader poufały.

— Potem wstaniesz i tak powiesz — mówił dalej — „Gunn jest dobrym człowiekiem — tak powiesz — i żywi o wiele więcej zaufania — o wiele, zapamiętaj to sobie! — do pana z panów, aniżeli do tych panów szczęścia, do jakich sam należał”.

— Dobrze — odpowiedziałem — nie rozumiem ani słowa z tego, co powiedziałeś. Ale to mnie ani grzeje, ani ziębi. Chodzi o to, jak mam dostać się na okręt?

— Istotnie — rzekł zesłaniec. — W tym sęk! Ale ja tu mam łódkę, którą własnoręcznie wydłubałem. Ukryłem ją pod tą białą skałą. W ostatecznym razie możemy jej spróbować, gdy zapadnie zmierzch. Hej! — uciął nagle — cóż to takiego?

Właśnie bowiem w tej chwili, chociaż do zachodu słońca pozostały jeszcze ze dwie godziny, przebudziły się wszystkie echa na wyspie i odpowiedziały rykiem na huk działa.

— Walka się rozpoczęła! — krzyknąłem. — Chodź za mną!

I zacząłem pędzić w kierunku przystani zapomniawszy zgoła o strachu, a zesłaniec biegł tuż obok mnie w swych skórkach koźlich lekko i bez wysiłku.

— W lewo, w lewo! — przemówił — trzymaj się lewej strony, miły Jimie! Szust pod drzewo! W tym oto miejscu zabiłem pierwszego kozła. One już tu nie przychodzą teraz, ale gnieżdżą się na tych górach ze strachu przed Ben Gunnem. O, a tutaj jest smyntarz (zapewne oznaczało to cmentarz). Widzisz te wały? Tu często przychodziłem i modliłem się, gdy mi się zdawało, że musi już być niedziela. Nie było tu kaplicy, ale to miejsce wygląda jakoś bardziej uroczyście i odświętnie. Zresztą, jak widzisz, Ben Gunn był ubogi: ani duchownej osoby, ani nawet Biblii czy chorągwi, sam powiedz.

Tak gwarzył biegnąc wraz ze mną, nie oczekując ani nie otrzymując żadnej odpowiedzi.

Po dość znacznej przerwie zagrzmiał znów wystrzał armatni wraz z grzechotaniem rusznic i samopałów.