— Dziękuję!
— Tedy żegnam uprzejmie.
Złożywszy ukłon, Thauret chciał odejść, ale detektyw, zdecydowany nie dopuścić do tajemnego porozumienia z Mitchele, wyprzedził go, otwarł sam drzwi i wypuścił, pilnie obserwując obu panów. Po sztywnym ukłonie opuścił Thauret dom, a Mitchela wprowadził Barnes. Francuz nie odniósł wobec zwłok żadnego wrażenia, atoli z Mitchelem było co innego. Ledwo zobaczył co przed nim leży, wydając stłumiony okrzyk, przystąpił bliżej.
— Boże wielki! Cóż to znaczy, Mr. Barnes?
— Co? — rzekł detektyw spokojnie.
Patrzyli sobie w milczeniu przez chwilę w oczy, poczem Mitchel spuścił wzrok i wykrzyknął:
— Głupiec ze mnie!
I jął na nowo, ze zwykłym spokojem, oglądać zwłoki.
— Słyszałem, że masz mi pan zadać pytanie. Cóż to takiego?
— Kim jest ta kobieta?