— Musimy być ostrożni, — rzekła maska — by Ali Baba nie podchwycił hasła: Sezam!

— Nie rozumiem pana! — odparł Barnes.

Tamten spojrzał nań bystro przez maskę, potem zaś odszedł bez słowa.

Barnes zdumiał się i pożałował swej szczerej nazbyt odpowiedzi. Radby był także posłyszeć ten głos, ale zaskoczony nagle stracił na moment panowanie nad sobą. Wydało mu się, że zna ten głos i wysilał pamięć by sobie przypomnieć. Nagle błysnęła my myśl.

— Gdyby nie to, że Mitchel leży chory w Filadelfji, założyłbym się, iż to on był.

Pod tem wrażeniem jął iść za maską, zmierzającą przez salon do wyjścia. Ale w progu spotkał co najmniej tuzin tak samo ubranych postaci. Mimo bacznej obserwacji, nie mógł rozpoznać człowieka, który go zagadnął przed chwilą i postanowił rzecz zawierzyć przypadkowi, sądząc że nań natrafi.

— Sezam! — szepnął, podchodząc do jednego z nich.

— Se... co? Cóż to znaczy? — spytał jakiś głos obcy.

— Czyż pan nie znasz hasła naszego? — spytał detektyw.

— Hasła? Nonsens! wszakże nie jesteśmy rozbójnikami naprawdę! — rzekł zapytany, roześmiał się i odszedł.