— A-to-tso wciąż straszy naiwną panienkę, która się boi, ale swoje robi.

— Ja tylko doradzam. Przeszkadzać nie chcę i wcale nie umiem.

— Dokądże tak nagle, tuż przed samym zjazdem pobożnego bractwa, mój dobry opiekun w pielgrzymkę wyrusza?

— Wypróbować muszę nowego latawca, zwłaszcza wśród nocy i nad bezdnią morską. Zaprowadzić pragnę napowietrzą pocztę pomiędzy dancingiem a nieznaną wyspą na ukrytych wodach, gdzie Havemeyera właściwa siedziba, gdzie kolekcjonera namioty główne i najdroższe skarbce.

— Dokąd się udasz, skoro miejsca nie znasz?

— Ale znam nazwę, co wiele ułatwia.

— O Havemeyera pałacu czerwonym w New Yorku słyszałam...

— Co mu nie przeszkadza przewozić zbiory, wieków arcydzieła na wyspę odludną, przez nikogo nigdy nie odwiedzaną, żadnemu państwu na nic niepotrzebną. Już lata całe liczna, zwinna flota szukała szczęścia po wodnych bezdrożach dla swego mocarza. Gdzieś między Grenlandią a groźnym Spitsbergenem wśród skał lodowych i zamarzłych nocy niedawno ugrzęzła. Wszyscy myśleli, że zatonęła. W ostatnich czasach jednak zgoła nowe wieści nadeszły. Wywiady pilotów stwierdziły naocznie ognie płonące na archipelagu, Franciszka Józefa noszącym miano. Gęste pióropusze płynących statków wprost zasmoliły śnieżysty horyzont. A na północnym wybrzeżu Islandii od dni szeregu brzuchate potwory na kształt Zeppelinów spadają z przestworów na stropione foki, masowo polują i myśliwską zdobycz w zamkniętych gondolach łodzi podwodnych porywają ze sobą, wędrując na Północ. Tam więc niewątpliwie należy szukać:

WYSPY ZAPOMNIENIA.

— Czemu wyspa służy i co ma oznaczać ta smutna nazwa?