— Zachwycona będę, z góry przewiduję fizjonomię pańską na poły martwą, prawie konającą. Stale poszukuję uśpionych w letargu, gazem odurzonych, zachloroformowanych, zahipnotyzowanych, z rzeki wyłowionych.
Havemeyer przysiadł oparty na dłoniach rozchybotanych. Dusznej grozy ciarki biegają po karku. Pot spływa wzdłuż nosa. Dygocą wnętrzności. Na strunach głosowych trzeszczące jąkanie wiruje w gardle.
— Powiedzmy otwarcie, bez żadnych upiększeń, że pani szanowna kocha się w umarłych?
— Ja lubię trupy, szczególnie męskie.
— To nekrofilizm. To cecha wyrodna. Zbyteczny dla pani jest żywy kochanek!
— Niech pan się nie rzuca, gdy nic nie rozumie. Miałam Manuela. Tęsknota go żarła, by mógł być rycerzem. Poszukiwał walki, zręczność przeciwstawiał wszelakiej sile, mścił rozliczne gwałty. Żądzą nieskromną do niego pałałam, bo był niemądry, a ja durna byłam. Kochanek mój spotkał, jako toreador, cudnego byka, dzielnego Corcito. Manuel niezdarnie skłuł harde zwierzę, po czym sam pchnął siebie. Ja zabiłam byka z miłości do obu. Tuliłam do serca oba martwe cielska. Wskrzesić ich chciałam. Rzucałam rozpaczy najczulsze zaklęcia. Gorącym łonem wygasłe ich tętna ocucić pragnęłam. Wówczas poznałam tę rozkosz grzęzawą, tę lubież zachłanną, gdy ciało zastygłe w ramiona opada, w zaszklonych ślepiach kotłuje się próżnia, ręce bezwładne, rozkapryszone, spopielałe czoło, na ustach wrzaski boleści zamarzłej, a w nas żądza bełczy, pragnienie dudni, myśl chrobra się śmieje, by nazad do żywych umrzyka powołać, krew pognać po żyłach, język uruchomić i umotylić zwapniałe powieki, a potem całować, pieścić się i ślinić, po ziemi się tarzać z cudem swoim własnym!.. Prawicie często aż nadto wiele o czystej twórczości. Czy z was kto rozumie, co znaczy posiadać moc nadzwyczajną wskrzeszania skołczałych? Kto poznał tę radość, kto zmartwychpowstania weselisko zbadał i wzgardę zwątpień od marzeń oddalił, od marzeń dzieci o sercach olbrzymów? I komu z żyjących można ofiarować bezgraniczną miłość tak śmiało, niezdarnie, jak cichym i skromnym, zastygłym truposzom?
— Ciemno mi w oczach, tętno opada, duszę się, mdleję...
— Będziesz uroczy. Marzenie moje o tobie, Orgazie, już chyba tylko w Hayemeyera konaniu odżyje. Jakże tęskniłam, byś zmysły postradał! Wyśniłam sobie, że w trumnie spoczywasz... Albo wyparpuję pożądane ciało z grobu pustyni, z bursztynowych piachów... Już nic nie czujesz? Serce ledwo bije... Teraz się wkradam do ciebie naga... Piersi układam na twoje piersi, uda na uda... Usta przylepiłam do lodu warg twoich... Skowronie ci będę tajemnictwa612 płoche... Masz się zarumienić cokolwiek, nieznacznie! Sparnia613 jest ogromna od namiętności, jaka ze mnie bucha!... Powoli możesz już zacząć oddychać... Obudź się lekko! Nie przecieraj oczu, lecz po omacku staraj się żądzę moją zadowolić... A nie bądź ślamagą614 i nie waż się czasem tej chwili styrmanić615...
Jak ogar skulony przy bursuka jamie, niby skaczaniały616 i niby uśpiony czyha na ofiarę, tak Havemeyer w pozie niemrawego bieśnicę617 rozwydrzył do miłosnych czuchrań, by otumanioną dzikim figlowaniem w stosownej chwili opleść ramionami, ugiąć pod siebie krnąbrną dziwożon, przylepić jej ciało do chuci wezbranej i runąć z nią razem w otchłań rozkoszy rozblomblowanej618, ogłuchłej, bluźniawej619...
Poberesili620 do samego rana.