— Kiedy będzie wolno odwiedzić ciebie, moja ukochana?
— Kiedy pan zechce...
Wysuwa się nędznie, jak gad z oczerecia641. Nieznośnego smerdę z sobą wyprowadza i nie zauważa dwóch tylko, ogromnych łez poweselnych, które łysnęły światełkiem zbójeckim pod powiekami spoliczkowanej. Donna Ewarysta w sobie nadsłuchuje. Jest powołanie kobiecej dumy i sołtysowa rozbrzmiewa fartaszka642 na pomstę okrutną za zmarnowanie umiłowania, za zmizerowanie rozkoszy cudackiej, za przegadanie tajności całej i za łotrowskie sponiewieranie. Gdyby Dawidek pacambuł643 już nawet nie zechciał, Orgaz chowierał644 teraz musi zginąć. Camera obscura i Podrygałow i ślubny kobierzec... wszystkiego użyje, wszystkim się posłuży... Taniec trzech uśmiechów wypadnie wspaniale! Udźwignie ciężar doskwiernej645mądrości, którą nabyła dzisiejszej nocy i z tym ołowiem na duszy, na sercu, pohasa sobie bez zaprzestania, aż do ołtarza, do ublubieńca, do samego zdechu646...
Havemeyer kota wypuszcza na schody. Omar się odwraca, pyszczek otwiera, dławi się i charcze.
— Połknąłem tyle po tobie niesmaku, mój miliarderze, że na wymioty ciągle mi się zbiera. Najbardziej niestrawne są dla mnie okazy dorobkiewiczów, tych legendarnych eksuliczników, skromnych pastuszków, gazet sprzedawaczy, sprytnych kuchcików czy pomywaczy uchodźczych okrętów. Gdy dzięki zdolnościom, raczej machinacjom, dochrapią się wreszcie w bankach depozytów, lub gdy liberię wdzieją państwową, nad każdym życia bujniejszym objawem, nad uskrzydloną jakąkolwiek myślą bez względnie się pastwią. Kochania nie znają, ani też radości. Zszargać, doskulić647, zatruć i wyszydzić, to libertynów tych opryskliwych najwznioślejsza pasja. Miłować? — pytają — dlaczego i po co? Co mamy z tego? Oni chcą mieć rację na posterunkach, gdzie straż pełnić może wyłącznie fantazja. Myśli celowość niby to hodują, a przecież wiadomo jest wszystkim od dawna, że pomysł pudłuje, gdy nie wyniańczy go wyobraźnia, która wzorowo pieluszki przewija i nikłe niemowlę ścisłego myślenia poprawnie odkarmia. Praktyczna barbaria! Chełpi się zazwyczaj, że racjonalizm współczesny funduje. Bezczelna hałastra do cieniów Voltaire’a648 śmiało się przypina! A wszystko dokoła więdnie, dogorywa, bo oni panują, rządzą i dyktują. Ja, książę Omar, ryzykant i bankrut, typ wraży i smutny, nieobowiązująco, tylko wskutek mdłości i męczącej czkawki, chory na puchlinę abderyckich649 wstrętów, z tęsknotą wspominam bezprzyczynową, irracjonalną, kosmiczną miłość, od której wszelkie tworzywo pochodzi, tę atmosferę, bez której myśl zdycha, ten płomień, te wody podniecające siebie nawzajem, aby życie było.
Karierowicze Wschodu i Zachodu, na myśli ugorach zdrętwiałe badyle, piskuny wylęgłe w uczuć kołbaniach650 — łączcie się ze sobą w zjednoczone stany skrzeczącej miernoty! Wy wszystkie białe, czerwone, zielone, międzypaństwowe sojusze tępoty, ty narodowej plotki poczwaro, mafio sprzysiężona do spędzania płodów, gmerków651 trybunale do prześladowania myśli ukochanej Teraźniejszości! Tobie wszechmocna, twemu pojednaniu wielkich hołodrami652 po lewej stronie i po stronie prawej na pożegnanie, z nudów i bez żartów wzgardę wypowiadam, a przez delegata czczości wypranej z wszelkiego kochania, przez Havemeyera, waszego fifaka653 — szanownym panom wszystkim do pospołu policzek wymierzam!
Fuknął opryskliwie, pazurami wyciął Havemeyera w prawy policzek, wywrócił koziołka, po czym już dostojnie, rzygając po schodach, zeszedł do ogrodu.
— Fiksum-dyrdum cierpi654 — rzekł kolekcjoner, krew ocierając jedwabnym fularem.
Cześć myśli szarej, zmechanizowanej!
Pchnął okna na oścież, w fotel się wywalił swego gabinetu. Duwa655 ciemnosiwy, długoletni pieszczoch, najniezawodniejszy z listonoszów wszelkich, do pokoju wpada, ochrypły, zdyszany i zapocony. Na biurku siada. Szyfrową depeszę przywozi na szyi. Odczytywanie jest długotrwałe. Jakoś się klei.