Wyznanie wiary
Wytworniś stoi o latarnię wsparty. Otrzepał kapelusz, kołnierz starannie postawił od płaszcza, rękawice wkłada, machnął laseczką i odpowiada bez zająknienia:
— Wierzę.
— Co słyszę? Możliwe? Wierzysz, ty wierzysz?..
— Tak jakoś się składa, że właściwie wierzę. Myślą nie doszedłem, tylko przez uczucie, że tak być powinno, że lepiej będzie... bliżej Ewarysty...
Zamilkł. Wyprostowany, oczyma ściga ponury koloryt niewidzialnego obrazu Ribery851. I posępnica852 na kolekcjonera obliczu się ścina.
U nóg mu się tarza Yetmeyer szczęśliwy, pogruchotany a uśmiechnięty.
— Tym lepiej, tym pewniej!.. Orgazie przedziwny, wtajemniczony i świętobliwy!.. Chwało ty moja i moje marzenie!.. Mówiłem, że świnia to powodzenie... Mamy Wesele. Najistotniejsze. Podwójne, huczne. Gotowe misterium... Odżyje religia... Kupię maciorę za każdą cenę, bylem ją poznał. Tę samą, tę samą. Nie chcę żadnej innej. Wypchaną jak mumia umieszczę w zbiorach, pobudzających do szczęsnych rozmyślań. Mój fetysz, talizman, dobrodziejka moja!..
Havemeyera buty zlizuje, za nogawki targa. I sam do siebie niezrozumiale bez ustanku dźwięda.
Zaś obok fryzjera, tuż przy wystawie opasek na wąsy i odmian szamponu do mycia głowy, sprawny najemnik w białej płótniance i w zielonym kasku ogromny afisz czerwono-żółty do muru przylepia: