7. Zamknięcie zjazdu: Symfoniczny koncert, a mianowicie:

a) Niedokończona symfonia Schuberta

b) Serenada Mozarta

c) Concerto grosso Haendla.

Od obrad poczęcia do dnia następnego około północy, czyli do czasu, kiedy się rozegra Wesele Orgaza w „Dancingu Przedśmiertnym”, post obowiązuje, surowy, bezwzględny, każdego i wszystkich. Ani kropli wody do ust wziąć nie wolno. Na widowisko pantomimowe trzeba zawlec ciała zmartwiałe i zwiędłe, by nie przeszkadzały w podpalaniu myśli do zrozumienia wiedzy niedostępnej. Wyjątek z reguły tej, obostrzonej dozorem czujnym, stanowić będzie stu delegatów, wsławionych i znanych pionierów religii, o uczuć wieczystych przeszłości niezłomnej, żarłocznej i płodnej, wiarusów bez skazy, a założycieli wspomnianej „Spółki Wytwórczych Zakładów na Wyspie Północnej”. Ta gwardia żelazna, mniej więcej po jednym z każdej deputacji, zaraz po kongresie, na dancingu dachu w podkowę zasiądzie i udział przyjmie w bankiecie wytwornym, który dla nich wyda Mr Havemeyer ku upamiętnieniu podwójnego paktu: zbawczego z Dawidem, głównym konkurentem, i ryzykownie przyjemnościowego, może małżeńskiego, z baletu gwiazdą... donną Ewarystą.

Kongresowego dnia następnego, czyli postnego, ściśle o godzinie dwudziestej trzeciej, historyczny pokaz Wesela Orgaza z tańcem trzech uśmiechów.

W dniu zaś ostatnim zebrania szumnego opuścić należy gościnne Toledo. Obowiązkowo i bez wykrętów czy zgubnych protekcji. Karnie, przykładnie, uprzejmie, wzorowo. Najpóźniej jednak do godziny szóstej, czyli osiemnastej. Kto nie usłucha, przemocą zostanie z miasta wysiedlony. Taka jest umowa dancingu dyrekcji z władzami miejskimi. Trzeba się poddać, choćby miłość wielka do praktyk kosmicznych miotała się w piersiach. Czas wkrótce nadejdzie, kiedy upojeń pantomimowych i dancingowych dozna, kto zechce, bez europejskich, tępych ograniczeń, już na suwerennie kosmicznym terenie, z dala od zgiełku matołów potężnych, z dala od spisku reptiliów981 żarłocznych, od wgapionego w samego siebie mobu982 powszechnego, z dala od wrzasku wołów nabrzmiałych wolą narodu, od nudnej posuchy rozumów praktycznych, od inteligenckiego, a bezczelnego, zdechlactwa mdłego... Wkrótce już, kto zechce, będzie mógł zamieszkać na obiecanej, uświęconej ziemi, u podnóża zorzy zawsze północnej, za mgłami, wśród lodów, na błogosławionej Wyspie Zapomnienia, gdzie się pochowa dzisiejszej kultury zdechłego chochoła... Kto zechce, z Bogiem... dla Boga... Bogu... Wkrótce bez wątpienia, każdy, kto może i kto zrozumie, z dzisiejszego świata bezmyślnych rozłogów, czym prędzej przemknie, do oziębłego, ale udzielnego i nietykalnego, księstewka Bożego...

Manitou przeciw „Padlinie Cuchnącej”

Indianom wszystkim podczas pogrzebu, nad aeroplanami, Duch się objawił, świata wielkorządca, z pawimi piórami tkwiącymi we włosach na kark spływających, bujnych, granatowych, z oczodołami zionącymi ogniem, jak tramp983 w prawicy dzierżący rewolwer siedmiostrzałowy, repetierowy984, a w lewej garści nóż obnażony do zdzierania skóry z każdej wrogiej głowy. Spodnie wystrzępione, sflażone985 u dołu, brudne, bose nogi... A był siarowy986 ten Manitou... Jak jaguar kroczył ostrożnie, na palcach, po bawełnianych, skudlonych obłokach. Widocznie się czaił, gdzieś przeciw komuś... Dosyć ma nieba i rezerwację987 tę nadto rozległą, a wielce bezludną, odważnie opuścił. Chce zapolować na ziemskich pampasach, na zdrady padole i z teraźniejszym spotkać się człowiekiem, który zwierz najgorszy. Przeciwko niemu tak się uzbroił, przeciw rabusiowi, który jest podły, gdy głód mu doskwiera, a gdy się obucha... jeszcze jest podlejszy, zgrywa bohatera i pyszałkowate androny rzędoli988. Manitou kroczy, Manitou się skrada od strony fortu, zapewne od Rice albo od Yates! Człowiekowi biada! Niezwykła zasadzka nieśmiertelności przeciw doczesności, nie jakaś wyprawa... ziemska, zawadiacka, po skórki bobrowe, po żony czy konie, lecz wyraźne ślady niebiańskiego gniewu i wybuchu wojny, wyryte na ziemi... Manitou wyruszył z swojej rezerwacji! Biada człowiekowi! Manitou brodę opuścił srebrzystą, niby tillandsia989, po same kolana, czyli się zamyślił, zanim cios śmiertelny w brzuch, czy pod łopatkę, człowiekowi wrzepi... Zmierzch na myślenie człowiecze opada od nadąsania Wielkiego Ducha i od Jego brody. Lecz nie wypada, by z wojowników walecznych, wsławionych, choć jeden się cofnął przed wyzwaniem Boga. Na bój ludzi zwołał Manitou wszechmocny, na krwawą przeprawę i beznadziejną, więc każdy wojownik dzielnie wystąpi i bronić się będzie do upadłego, choć rozumie każdy, że zginąć musi, że się nie wymknie, że Wszechmocnemu skalpów przysporzy i ścierwem będzie... Wojna Boga z ludźmi i człowieka z Bogiem...

Na Zocodover golasów czereda wdarła się czerwona. Pal w ziemię wbiła tuż przy kumoszkach, które po raz pierwszy w życiu oniemiały i głowy ze strachu do koszów wtuliły ze szparagami czy karczochami. Zziajana wataha ognisko wznieciła i starym, końskim podsyca je łajnem. „Cuchnąca Padlina”, wódz Siuksów naczelny, wnuk Sitting Bulla („Siedzącego Byka”) czerwonoskórym wręcz zapowiedział: