Ostrze sztyletu wbił w podbrzusze kukły. Mss. Piperments spieszy i szpilkę od włosów w Orgaza mózg wpycha. Baj-baj wyrywa mu obie nogi. Strzępy szmat lecą na wyjącą ciżbę. Koło estrady zator się piętrzy z najdzikszych plemion. Karaib łakomy porwał kłak z włosieni i stara się połknąć. Smakosz się krztusi, bo kąsek w przełyku na przekór ugrzązł. Czarnogórzec-olbrzym życie mu ratuje i po karku grzmoci.
Przyboczna gwardia pana Cymbaleza, dziarska kompania (carabinieri w stosowanych czakach), przestała ziewać i piosenkę nuci:
Kto kochania nie zna,
u Boga szczęśliwy.
Nockę ma spokojną,
a dzień niesmutliwy.
Ze sztucznego Orgaza już ani śladu. Łachmaniarskie zwłoki Havemeyera zostały starte, zdeptane, pożarte.
Yetmeyerowi podano krzesełko, na które wstąpił. Podchodzi ku niemu nowy Orgaz, żywy. Onczidaradhe ustawia wspólników, po czym na znak dany przez Cymbaleza, każdy z przyjaciół na licu drugiego ceremonialny, a urzędowo zaprotokołowany, składa pocałunek:
BESO DEL CORTESIA.
Warg sprzymierzonych lepkie mlaśnięcie na salę bryznęło smakiem i radością.