— Ale za to później, wbrew mojej woli, niespodziewanie musiałam sobie uprzytomnić całą miłosną przygodę, każdy jej szczegół.
— Aby mnie szachować haniebną woltą przy niecnej szulerce.
— Pfuj, jesteś brutal, kolekcjonerze. I płyciuch w dodatku. Zbliż twoje ucho tuż do ust moich. Owa noc pamiętna, gdy szalałam z lęku o twe bezpieczeństwo, owa noc przekorna, kiedy cię tuliłam i odpychałam, ślady miłości pozostawiła ta nocka we mnie. Matką wkrótce będę, a Orgaz... ojcem.
— Przenigdy! Ja nie chcę!
Zawył charkotem, jak dziki wieprzak, któremu podgardle rozpruł ostry oszczep. Aparat pod nosem do oddychania przetworzył nieco Havemeyera wrzask rozpaczliwy w obłąkańczy bełkot. Kolekcjoner chwycił misterne żetony z perłowej masy i na Ewarystę sztylecikami połyskującymi zalotną tęczą zamaszyście cisnął.
Usłużny sadhus natychmiast podskoczył i z linoleum filigranowe zgarnia patyczki.
Majcherek strofuje:
— Ależ pan nerwowy. Kto też to widział, by do tego stopnia grą się roznamiętniać!
— Takie uniesienie jest niewątpliwie symptomem niezdrowia i nie posiada najmniejszego związku z całą zabawą — usprawiedliwia swojego szefa hinduski fakir.
— Tysiąc dolarów zaledwie przegrał — burczy Yetmeyer.