— Wasze błagorodje!1103 Ja mam coś jeszcze do zameldowania. W Kadyksie burza i trzęsienie ziemi. Piorun zabił krowę, jedną z trzech jedynych, jakie były chlubą portowego miasta. Magistrat w żałobie. Pali mnie ta chicha, niby oczyszczana, szlag by ją trafił, sakramencka wódka. Żółć człowiekowi przez gębę wyłazi, więc muszę splunąć, lecz proszę nie karać. Pan Yetmeyer wołał, byśmy już wracali, gdyż przed kwadransem odwalił wreszcie szpitalną prelekcję. Żeńszczyny1104 obie, co się poczubiły, już wyciągnęły na śmierć kopytka. Ostatnie słowo, niby pomazanie, przyjęły od zbawcy, po czym usnęły prawie równocześnie. Mignęła wówczas wielka błyskawica trójkolorowa i czuć było siarkę. Potem szpital runął, grzebiąc trzysta istot. Już dalej nie mogę, bo jest mi niedobrze.
— Czyśmy dotarli na właściwe miejsce?
— U celu jesteśmy według życzenia. Kręcimy się w kółko.
— Przystępujemy do ceremonii pożegnania szczątek księcia Omara.
— Rozkaz, mój panie. Załoga na baczność! Wśród gości powaga! — rządzi się kapitan.
Czterech dryblasów torpedowy pocisk przywlokło za uszy na wózku biegnącym po szynach żelaznych i zatrzymało przy drzwiach komnaty, w której się ustawił sztab dancingowy, podochocony.
Kolekcjoner wydał żałobny wyrok:
— A więc zaczynamy manifestację. Proszę się trzymać twardo na nogach. Szkoda, że nie ma mojego wspólnika. On by wam wpoił należyty respekt.
Zgrabnymi dłutkami i obcążkami rączy kanonierzy wydłubali pocisk. Sędziaty1105 granat odstawili na bok, a w jego miejsce wśrubowali zręcznie wojłokowy tłumok z truposzem książęcym. Po czym bez śladu zaplombowali i zalutowali metalowy patron1106.
— Gotowe, baczność! — zabrzmiała komenda.