— Czy nieodzowne?... bo nie ślubuję.

— I tak być może. A co Igor na to?

— Ja bo się nie bawię w delikatesy, przysięgi wierności i tym podobne. Po jakie licho? Zachciało się żony, więc biorę sobie, którą upatrzyłem. Co ona pocznie z całym małżeństwem, to rzecz podrzędna. Zobaczymy później. Sprawa jest główna, aby prawo było. Kto je zechce złamać, ten musi zapłacić. Od sumy zależy, czy będę mógł przyjąć. I na tym kwita. Chodźmy pić dalej.

Obaj sekretarze intercyzę ślubną mozolnie gryzmolą przy urzędowym biurku kapitana, zdobiąc dokument inicjałami azjatyckimi. Na cześć młodej pary wszyscy wychylili nową kolejkę, którą potroili.

Pioś sztywny, ponury składa kondolencję Havemeyerowi z powodu straty podwójnej, miłosnej, potrąca kielich i zapytuje:

— Co pan teraz pocznie, kolekcjonerze?

Hardo odpowiada pan Havemeyer:

— Jutro me wesele. Od jutra będę najświeższym hrabią, wyniosłym Orgazem, który się ożeni z arystokratką jakąś garbatą albo kulawą, z prastarego rodu i dom założy dla ponurej ciżby demokratycznych współobywateli.

— Jak to, a umowa, która nawróciła kolekcjonera na fason Dawida? Zagwarantowaną i wymarzoną odrzucasz zapłatę za wyznanie wiary, umiłowaną dziewuchę wtykasz poniekąd sam w łapy parobasowi zagnojonemu moralnie, duchowo i jeszcze w dodatku bezinteresownie chcesz spełnić rolę baletowego conde Orgaza?

— W ostatniej chwili nie umiem się cofać.