— Czyżby istotnie ten oczajdusza zdołał cię nawrócić i wtajemniczyć? Pan naprawdę chory!

— Najprawdopodobniej jestem bardzo chory. Dolega mi strasznie, że głównej prawdy wciąż nie wiem o sobie. Hrabia napiera, bym zeznanie podał, jak papierosa wonnego, lekkiego na przedymienie, a ja nie mogę.

— Pan się certoli, gdy ja postawiłem cały majątek na problem wiary. Jeśli mimo wszystkiego, co zaszło dzisiaj, dotrzymasz słowa Yetmeyerowi, jeżeli z głębi twego przekonania, bez odszkodowania, odegrasz misterium, jestem zgubiony. Bankrutem będę, przeklęty Orgazie!

— Nic jeszcze nie wiem. Wciąż prawdy szukam. Prawda jest szeroka i bardzo głęboka oraz tak słona i tak zdradliwa, jak jezioro Dscherid1108 w pustyni Sahary. Zaledwie cudem przemknie karawana po kruchej powłoce; większość pielgrzymów ohydnie tonie w nasolonej cieczy, nakrytej piachami. Idźmy więc dalej ku przeznaczeniu, otwierajmy oczy, wyzywajmy losy, ale na palcach, hazardowiczu, jeden za drugim, krętą ścieżyną, z modlitewnym żarem w przytomnej głowie. Dość kłótni, hrabiczu. Naprzód, marynarze! Strzał w serce ziemi, które jest głuche na głośne wołanie ślepnących stuleci.

— Stójcie! Zwariował! Ani kroku dalej. Żądam odpowiedzi. Szaleństwo twoje kosztować mnie może pół miliona funtów!

— Na bok, gagatku, licho wstawiony. Cywilny orszaku, żłop dalej wódę! Oczywistości trzeźwych nonsensów, powszechnej racji wytartych szablonów, tej monotonii wykastrowanej z siemienia powabów czy zabawności, można przeciwstawić udatnie, skutecznie jedynie tylko, nieuleczalne... delirium tremens. Czy tak, czy owak... na jedno wychodzi. Przepraszam na chwilkę. Odbędę teraz premiowe strzelanie...

Z kanonierami zniknął w półmroku kłębów maszynowych.

— Igor Francewicz! Zabieraj nogi i dymaj do wieży z twoją krasawicą1109! Pop wcale nie kipnął i zaraz was zwiąże postronkiem ślubnym, którego nie przetnie żaden z miliarderów. Musiałem brechać1110 przed kolekcjonerem, bo posmarował za to Majcherek — wzywa baletmistrza poufnie kapitan.

Zakneblowali usta Ewaryście i powlekli z sobą, jak cielę do rzeźni, gdzieś na ubocze hali maszynowej.

Pan grubokościsty, z teczką pod pachą, z ćwikłą na policzkach wyraźnie sflaczałych, pyszny obywatel z Frankfurt an der Oder, w sąsiedztwie papieża oraz fakira zawzięcie się pęta.