Mon génie et mon destin,
Mon âme par toi guérie,
Par toi, lumière et couleur!
Explosion de chaleur
Dans ma noire Sibérie!1156
Amor (mój foks!) ziewa. Nie czytam już, lecz idę. Za tobą, za tobą. Niepowstrzymanie. Ścieżyną moją niewidoczną, najkrótszą, chociaż krętą. Istny labirinto d’amore1157, jakkolwiek od pomysłu Boccaccia1158 odmienny. Widzę Lukrecję d’Alagno1159, o której plotkują kronikarze, że z królem Alfonsem I „sama rozmowa” zaledwie ją łączyła, i Vittorię Colonna1160 w hebanowej dumie i Joannę Aragońską1161 wraz z wdzięków jej odmianą Marią1162 i Giulię Gonzaga1163 w miłosnym brwi uniesieniu nadsłuchującą rozkosznego purpury szelestu, który z fałdów kardynalskiej sutanny wytrząsają śniade uda watykańskiego dandy1164 Hipolita Medici1165. A dalej madame Recamiér1166 widzę, jak się w sarkofag układa swego miłowania, i panią de Sevigné1167 i de Lafayette1168, i de Maintenon1169, i mademoisselle de Launay1170, i madame du Deffand1171 w końcu, gdy cieniem jest zachceń Voltaire’a.
Każda z sygnetem na palcu, a w skrzepłej krwi kamieniach herb rżnięty: kształty marzenia. Do tych kształtów życie swe dorabiały. Pamiętały, że nie ma żywiołu poza nami. Wiedziały, że trzeba go w sobie rozmotać, rozpętać i na siebie samą wypuścić. Żywioł z marzenia poczęty, on dopiero jest życiem czystym, zwykłym rdzeniem życia. Życiem nie jest przyrodzony rytm serca; muskuł centralny trzeba samemu nastawić, by krew do mózgu bezustannie napędzał, życie swoje trzeba stworzyć, jak wszystko zresztą, jak wszystko... I wówczas odpowiedzialność za każdy twór najdrobniejszy również jest rozkoszą pełną. Miłość kobiet Odrodzenia i kobiet XVIII wieku nie sposobnością czy przygodą życia była, lecz życia tworem doskonałym, za który odpowiedzialność przyjmowały bez lęku i bez wahania na przepulchnione ramiona czy rozigrane piersięta. Stąd dam tych historyczna uroda i stąd te wieczyste, niezatarte ślady ich świadomego działania: ślady powszedniego nieszczęścia.
Amor (mój foks!) chrapać już zaczyna. Idę za tobą, wciąż idę. Chwytam łapczywie każdy strzęp wspomnienia, który rzucasz za siebie, uchodząc z współczesnej Sodomy1172 lekko, zawsze z wdziękiem i bez oglądania się (stosownie do biblijnego ostrzeżenia).
Nie ma w miłości wytchnienia i rezultatów nie ma, które skrystalizowawszy, komukolwiek okazać by można, jak mineralogii dziwotwór cenny. Miłość jest najzwyklejszym procesem nieustającego chcenia, różniącym się od zachcianek wszelkich zaledwie samym prężności kierunkiem, gdy bowiem zachcianki mrowią się na poziomych płaszczyznach, miłości chcenie wertykalnie pnie się w niezbadane sfery. Miłość jest pracą wyobraźni przewracającej przestrzenie, tłamszącej przepych pozorów, druzgocącej żelazobetony praktycznych fundamentów, jest rządzą kosmiczną wtłoczoną między człowieka życie nieprzytomne a rozwidnioną śmierć jego.
Amorowi (foksowi mojemu!) przyśniło się coś strasznego. Warczy i wzdycha. O Ewarysto nie moja!... dogoniłem ciebie. Cienie nasze upadły na siebie. Obluszczają się pieszczotliwie, w szczeliny wpadają zabawowych nieporozumień, drapią się po jaśnie oświeconych murach zarobkowej kariery. Pochód płaskorzeźby w angielskim parku powszechności. Cienie tego, czego nigdy nie było, cienie tego, co by być mogło, a więc rozwiać się musi tuż przed wcieleniem. Światełka, płomyki, które zgasi pierwszy lepszy lampiarz, magistracki sługa, w obowiązującej godzinie.