Niewykluczone są fabryk syreny i wieżycowe hejnały kościołów.
Wyniku oczekiwać tłumnie na ulicy!
New York się zbudził. Jest radość powszechna. Domy opuszczone. Mrowi i czuchra, i gzi się ulica. Kolej już stoi. Przed żadną bramą nie zamieciono. Policeman się stroi. Brzęczą samoloty. Z drutów zwisają płachty reklamowe. W krzakach siusiają dzieci krochmalone. Nie spała z lubym kochana dziewica: jest nadto wzruszona. W gmachach ubezpieczeń same transparenty i smukłe fikusy sterczą wyfraczone. Murzyni żłopią wciąż wodę sodową. W barach zadymionych bębnią cymbałom radość arystony170. Chińczycy pilnie czyszczą wszystkim buty. Pies dogorywa, bo gonił za suką i ratunkowy wóz go przejechał. Na wiwat puka każdy obywatel. Kobiety przeważnie wciąż myślą poważnie, myślą i myślą: o akcie szampiona... Na każdym rogu zawsze się znajdzie choć jeden taki, który się wścieka; o co? — nikt nie wie. Suną procesje, głosem wyjąc zdechłym o powodzenie, o ocalenie, o uchylenie wszystkiego złego. O kiosk zapchany durnymi gazety czerwonoskóry oparł się wyniośle, głucho w sobie westchnął i schował się, schował w posępnym obłoku swego kalumetu171.
Miejsce zdarzenia: buda na przedmieściu. Sprawa ma cała religijny podkład, więc reżyseria sztafażu uboga, bo tak chce tradycja. Wpisowa sala w dobroczynnym domku, który jest przytułkiem dla myśli bezdomnych. Panuje ciasnota, o którą chodzi. Trzeszczą zapchane, zbutwiałe galerie. Scena umajona nudnymi girlandy. A sztandar gwiaździsty nad podium rozpięty baldachim stanowi. Na dywaniku poplamionym hojnie przegroda rycerska: dwa słupki ze sznurkiem. Po obu stronach na uboczu skromnym dwa bambusowe, dziurawe krzesełka. Dla zapaśników miejsca wypoczynku. Nieco zaś głębiej i na stopniu wyższym stoliczek mizerny, przy którym zasiedli sędziowie, konstable172 i po jednym tylko: jest pompier173, jest felczer i główny reporter. A po prawicy tego sanhedrynu174 na postumencie, z którego popiersie Waszyngtona zdjęto (pod ścianą stoi przy zapylonym Lincolna portrecie), spoczywa praojca człowieczego rodu: czaszka z Neandertalu175. Na takim samym widnym wywyższeniu po lewej ręce klatkę ustawiono i drutowaną siatką osłonięto. W pośrodku denka tej przezornej twierdzy bieli się koperta z pieczęcią rejenta176, a w niej nagroda: pantanatosu177 straszliwa recepta. Tuż przy niej tresowana kobra zwinęła się w kłębek i tajemnicy pilnuje, wciąż sycząc w próżnię swe groźby pochopne. Gdy zabrzmią trąby, zwiastuny zwycięstwa, gad przyuczony uśnie natychmiast, a wówczas bezpiecznie triumfator-bokser rozewrze klatkę i weźmie kopertę. Nadmienić można pozostałe jeszcze szczegóły podrzędne: a więc w sceny głębi trębaczy dwunastka (puzony, waltornie), zaś na stoliku jest z wodą karafka, eteru flakonik, digitalis178 proszki, różnych bandaży zgrabne obwarzanki, rewolwer, strzykawki, papiery, kałamarz i złota gwizdawka na zielonej taśmie. Gdzie miejsce suflera, telefoniczną urządzono budkę; w jej to zaciszu i pod osłoną mrocznej poufności cała bateria pyzatych flaszek przykucnęła zgrabnie. Koniaczek Martella i rum z Martyniki, a nawet z Jamajki. Dla członków sądu słuszne posilenie.
Czekanie bez końca. Zapocona sala. Ulica zatkana, wzdyma się i sapie. Na budę napiera. Spośród widowni jakiś mąż przedni łagodnie wzywa: — „Proszę zaczynać!” — „Nie można, nie można!” — żałośnie jęka dostojna scena. Już pełza pogłoska w parterze, po piętrze: „Antychryst się spóźnił! Antychryst zaspał! Nie może się dostać. Samolotu trzeba, by go tu ściągnąć, a potem do wnętrza już przez komin chyba!”. Na drożdżach rośnie hałastry wzburzenie. „A to dopiero! Po cośmy przyszli? Okropne porządki! Nikt tu nie wytrzyma! Ktoś tupnął, ktoś gwizdnął. Śmiech tu i tam bryznął. Lecz nagle z galerii, ktoś orzekł donośnie: „Cholera!”. Myśl słuszną rzucił, trafnie przekonał i nastrojowy majestat wskrzesił.
Mdłe oświetlenie. Wleźli na podium, jak pierzaste cienie. Rozpoznać trudno. Usiedli sędziowie. Na palce się wspięli wszyscy widzowie i przeciwnicy w zapaśniczych szrankach dumnie stanęli. Już w rękawicach i rozebrani. Bezradnie na siebie raz drugi spojrzeli sznurkiem rozdzieleni, jak gdyby pytali: „Czego też chcą od nas, bo my nawzajem niczego nie chcemy?!”.
Prawy jest Prochryst, trudno o tym wątpić. Akt męski, dorodny, a w twarzy cierpienie, tak sobie na zapas, zanim uderzenie jakie oberwie. Wysmukły, zgrabny. Na obu ramionach i na pulchnych piersiach blizny ciemnosine widać rozrzucone. Walczy widocznie nie po raz pierwszy i umie się męczyć. We flanelowych spodniach i tenisowych, płóciennych jest mesztach179. Kasztanowe pukle w tył głowy odrzucił i bohaterską postawę przyjmuje. Na pamięć przywodzi świętego postać, którym był Sebastian w sławnym arcydziele na Isenheimskim przepysznym ołtarzu180 (Gruenewald Mateusz malaturę stworzył, władca konstrukcji, Cranacha181 rywal i mistrza Dürera182). Wrażenie całe w supełek ująwszy, orzec raźno trzeba, że miły jest Prochryst i wcale przystojny, co serce widowni ku jego zwycięstwu bezsprzecznie przechyla.
Inaczej Antychryst. Faktycznie się spóźnił, o meczu zapomniał. Więc lekceważenie. A samo zjawisko: potworna figura. Kusy, mizerny, wystają piszczele. Twarz starta, zniszczona i okopcona, jak u Zambosa183. Broda jest ruda, niezwykle zmierzwiona i zaśliniona. Oczki zbiedzone i jadowitym żądłem barwione. Nad fizjonomią w przedłużeniu czoła, jak Orizaba184, bezwłosej głowy stożek urasta. Do samego pasa przód cały i plecy są zalesione krzakami kłaków. Wspomnienie małpy wzmagają gwałtownie przydługie ręce z drobniutkimi piąstki i krótkich nóżąt uwiędłe gałązki. Frakowe wdział portki, wymięte, obcisłe i szpetnie przykrótkie. Jak u pingwina rozpłetwione stopy w łatanych tkwią butach. Odpiąć zapomniał fioletowe szelki, więc się kiwają jak ogon diabelski i walą po piętach. Pozy wciąż szuka dla swojej roli, nóżęta rozkracza, łamie kolana, rękoma wachluje i związek traci z podstawą tułowia. Jest mocno zmieszany, a zadowolony. Nieustannie cmoka, czasem zaś na zmianę nieznośnie zanuci. Przy masce się uparł i fechtunkową założył przyłbicę. Ciągle o coś pyta, choć milczy Prochryst.
Zaczynać, zaczynać! — skowyczą kobiety. Potrzebny sygnał. Sędziwy prezes wzorowego jury rewolwer pochwycił, by strzelić na wiwat. Naciska, naciska, ale nic nie słychać. Kosmicznym ludziom brak ćwiczeń praktycznych! Porwał się reporter, podbiegł jednym susem. Właśnie przedwczoraj miał on pojedynek o drogocenną cześć swą osobistą, więc strzelać już umie, a zwłaszcza pudłować! W imię państwowych cnót i obyczajów zgromił idiotę za wykroczenie przez zaniedbanie wszelkiej sprawności w wiwatowaniu na uroczystościach. Prokuratorowi publiczny donos zaraz jutro kropnie, a dziś własnoręcznie tę pukawkową zgniliznę oczyści. Sumienie wymaga, zanim śledztwo stwierdzi, jaką poniósł szkodę „kochany” skarb państwa (gdzie, jak i kiedy? — nikt się nie domyśli), by z miejsca idiotę-szkodnika na innego zmienić. On tego żąda, on wolnej prasy przeczysty aniołek, on, który na straży autorytetu bokserów stoi i wszystkich atletów... Jest awantura, czyli intermezzo185. Reporter się wsławił i poklask otrzymał. Łomot uczciwości — to niezły interes. Motłoch każdą cenę zapłaci za wrzaski. Ściągnięto idiotę z sędziowskiego stołu. Na jego miejsce spośród zebranych przez aklamację na wniosek gryzmoły, który wciąż wrzeszczał, powołany został najprzedniejszy tuman, pierwszorzędny hebes186, cnoty swojej pewny, w sercu rozległym z gniazdem pełnym trzmieli, w kieszeni od spodni z narodowym świdrem, a w gębie cuchnącej z plugawą plwociną na wszystko, co niegłupie rdzennie. Świeży wybraniec po udach się strzepnął, poprawił kołnierzyk, uśmiechnął się, chrząknął, zasiadł i wystrzelił. Mecz już rozpoczęty.
Lecz nikt się nie rusza. Obaj zapaśnicy stoją, jak wrośnięci. Wszyscy widzą tylko, że Prochryst plamę ma na prawym oku i grymas na licu wytężenia pełny. — „To monokl, to monokl!” — zgadły pierwsze rzędy i w tył podały, jak piłkę, odkrycie. — „Szmaragdowy monokl! Prześlicznie jest rżnięty, bezcenny, bezcenny!” — stwierdzają kobiety — „Monokl nie bezcenny, ale jest bezczelny!” — z mózgowców na salę ktoś sobie huknie. Ciszę wzywa prezes, lecz ona sama wyniosła się z sali, jak na zawołanie. Muskułowców kilku już zauważyło, że na wierzchu maski, jak acetylenowe pojazdu latarnie, Antychryst nałożył wielkie, sztuczne ślepia i że żółtym blaskiem bezczelnie godzi wprost w zieleń szmaragdu. Patrzą się i patrzą, i nie ruszają.