— „Co to wszystko znaczy? Przystąpić do boksu! Nuże, naprzód jazda!” — Łomot jest piekielny. Niby kawki skrzeczą przeciągle kobiety. Do samej rampy, gdzie zwykle kinkiety, podchodzi pompier w złoto-srebrnym kasku. — „Cichajcie!” — wzywa — „cygarów nie kurzcie i nie tupajta! Boks jest jak się patrzy, jeno bez kułaków!” — „Precz pójdź, stary błaźnie! My chcemy na pięści!” — wścieka się motłoch. — „Prochryst, tchórzu, suńże! — drze się w loży Kreolka, wywiesiwszy ozór aż po bujne piersi. Myśliwców187 wataha, zawadiaków z prerii, szczuje Antychrysta. — „Ruszajże, pokrako! Nic nie bój, ciemięgo! Zrzuć z pyska te kraty! Weź go, weź go! Huzia! Bij, psie czy psubracie! Puc go, zdechnij, flaku! Wydżha!”. I na ulicę poniósł się charkot, poprzez całe miasto bulgot się toczy stężałej wściekłości. Płonne są próby wszelakich wyjaśnień. „Bić się, nie gadać!” Oto jest żądanie jedno, jednolite.

Wrzask zdmuchnął ze sceny sędziów i trębaczy. Szukają schronienia i pocieszenia w budce, gdzie prowianty. Gadzina w klatce jak szyldwach188 się snuje i z nienawiści do ludzkiej hołoty złote mruży oczy. Na deskach zostali wciąż w siebie wgapieni: dwaj zapaśnicy i felczer kunktator189. Ten w przekonaniu, że rozwalą budę, porwał z stołu gwizdek i w cichej rozpaczy, jak świerszcz przy ochocie, na umór ćwirka, ćwirka obłąkanie.

Jak „nic” na tronie wszechświata zasiada

Ci dwaj na uboczu, przy balustradzie galerii zlepieni i głucho wsłuchani w wzajemne knowanie... wiesz jaka konstrukcja, czym są i co znaczą? Trzeba ich poznać, by w czas się dowiedzieć, że mecz się nie skończy, że nierozegrany... W tym clou190 jest sensacji i sukces sensu niebywały dotąd. Racz zauważyć, że starszy, brodaty, wyraźnie pejsaty, z kształtną jarmułką i w czarnym chałacie — to z Witebska191 rabin. A jego towarzysz smagły, zezowaty i w białym burnusie192 z kapuzą zakonną — to z Timbuktu193 fakir194. Spotkali się tutaj całkiem przypadkowo i mimo zaduchu z perfum i potu i cygarzysk smrodu, wnet się z wąchali. Język znalazłszy pomiędzy sobą porozumiewawczy (mieszanka licha hiszpańskiej mowy z narzeczem arabskim), chytry, przemądry i utajony wszczęli rozhowor195.

— Nu, po co to było tylego zachodu, skoro na niczym wszystko się skończyło? — zauważył rabbi.

— Nie mogę równego mieć z tobą zdania. Chętnie przyznaję, że jest najlepiej, gdy się nic nie dzieje. Z zamiłowania jam bez zmiany faktor196. Lecz tu się dzieje, tam na scenie dzieje. Tu już się stało, nic się pokazało! — odpowie fakir.

— Myśli pan fakir, że oni się boją jeden przed drugim i dlatego tylko furt jak stali stoją?

— Oni nie mogą: oni by chcieli, lecz siły nie mają i tak przetrwają, dopóki za nich nie pokonają nicości w sobie setki tysiące zrzeszonych milionów, które wierzgają, wyją i plują, a walki wyniku doczekać nie zechcą i nie zdołają.

— Jest, jest już odwilż w zaschłej, starej głowie. Niech pan sam powie, czy nie wskoczyłem na płochliwą szkapę? Ten Prochryst, to on całkiem dobrze wykalkulował z tym szkiełkiem w oku. Tylko po co szmaragd, kiedy taki drogi? Choć może i trzeba takiej kosztowności, aby była siła... On szkiełkiem zielonym trzyma Antychrysta, ażeby nie bił i nie śmiał przystąpić.

— Niech rabbi się dowie, że równocześnie u Antychrysta w szklanych jego zorzach jest moc pętająca ochotę Prochrysta. Jest równość w siłach, które na się dybią i przeciw sobie o zwycięstwo poszły. Stąd nie ruszą z miejsca i równość niemocy swym ludom okażą. Od czasu do czasu w chwilach kataklizmów „nic” dziecię „czegoś”, najdroższy jedynak, na świat przychodzi i rządzi, i zwodzi, i ofiar ludzkich pożera miliony, i tylko w powodzi krwi oceanów z życia uchodzi. I znowu na odwrót tak oto się dzieje, że „coś” z nicości powstaje na przemian. Raz taki okres słońc i księżyców, i doli człowieczej, a potem znów inny. Taki z wielkim niczym lub z czymś niestety aż nadto znikomym. Nie może być trzeci.