— Niech się pan popatrzy, niech pan tylko spojrzy! Teraz, zaraz proszę, mój kochany fakir! Taki jestem ciekaw, co też do tego szanowny pan powie? Ja wyraźnie widzę, jak właśnie w tej chwili ten z zielonym szkiełkiem w serce się wgapił, żebym tak zdrów był, prosto w samo serce swego przeciwnika, tego paskudnika. No, widzi pan dobrze? Czy on go zabije? Tego kudłacza swym strasznym wejrzeniem za serce przycapił, bój się pan Boga, i już go nie puści...
— Nie bój się starcze, ciszej, ciszej. Antychryst też trzyma swego przeciwnika.
— Czy też być może? Na Boga wielkiego! Mów pan i pokaż, bo ja nie dowidzę. Łzy mi zachodzą na sędziwe oczy i mgły pod powiekę. Mnogie lat dziesiątki błądziły źrenice po Tory wersetach i już się wytarły. Oby mogły jeszcze powrócić raz tylko między ryże pukle, które się chwieją na wnucząt głowiętach hen stąd daleko!
— Jakem Abu-Seif! Antychryst Prochrysta za głowę pochwycił okulary swymi, mózg mu przytrzymał i na skroś prześwietlił. Współzawodnika myśl każdą odczyta i ruch wszelki złamie, zanim ten się pocznie.
— Nu! Oni się biją, jak zapowiedziano, biją spojrzeniami, jak było w programie. Czemu więc wrzeszczą ci głupcy na dole, czemu przeklinają? Ci obaj atleci są bardzo sumienni, nowy sposób mają i nie cyganią.
— Tłum nigdy nie widzi i zawsze się wścieka. Ja mogłem dostrzec, co prawdą jest nową, bo w tym mój zawód. Idę ku niebu, zawsze idę, wiecznie, jako prawy sâlik197 a na tej drodze nazwanej tarika, wszechpojmowanie, w pobożnego oczach wciąż się rumieni. Tu przystanąłem przy głośnych atletach, bo nigdy derwisz nie wie, co czyni, i nie wie, dlaczego. Oto przyszła chwila, w której fakir wolny i jałmużnik âzâd198 do myśli przyjmuje niebios zrozumienie. Nakrycie głowy wówczas on zdejmuje (żółty cylinder trzyma na kolanach) i staje się madżzub199, co wszystko ujrzy i wyprorokuje. Mówię ci, rabbi, a jeśli chcesz, słuchaj: zapaśnicy obaj są szampionami swojego zawodu i są wzorowo obaj trenowani. Walka ich wielka i potrwa długo. I z tych, co tu byli, i z tych, co milionami przybyć tu mogą, ostatni padnie, zanim ci dwaj dzielni moc swoją wyczerpią. Ich siły są równe i długie na wieki. Jako się wpatrzyli, tak trwać będą dalej. Nie masz potęgi, która by skusiła bojowników wzroku na oka mgnienie do mrugnięcia tylko choć jedną powieką.
— Na Abrahama i na Mojżesza, nu, a co być może, jeśli Mesjasz przyjdzie?
— Bo ja wiem, co będzie? Mnie widzi się jednak, że gdyby przyszedł, to ruszać nie zechce tych zapaśników. Mecz zgrywa się wielki, ażeby nic z niego wyszło wśród boleści, aby urosło, dojrzało i skrzepło, a potem już na świat i do ludzkich mózgów wlazłszy układnie, na stale osiadło. Zamiar jest cenny, by religia jedna i nowoczesna opanowała dwa ludzi miliardy, lądy i morza, półwyspy, wysepki, przepaście, powietrza, języki i serca. Sił ludzkich i myśli najwyższe napięcie, by nicość osiągnąć i w niej się rozgościć. Taka jest mądrość i dzięki atletom, wprost pierwszorzędnym, dziś ona zwycięża...
— To nic, co pan widzi, wszechmocne, potężne, to ono z jakich powstaje boleści?
— Z sił równowagi, którą się osiąga, kiedy myśl serce na wylot przebije, a serce się dostanie w zamyśloną głębię.