Mnogość nowości tak mnie oślepia, że nie dostrzegam, jak sama się zbliża

Komnata V. TREPANATORIUM

W sobotni wieczór nad rybą szabaśną tak chasyd263 zawodzi, jak mi mój Jankes pod komnatą piątą prosto w ucho śpiewał:

— Myśl nasycona, potem przetrawiona i podniecona w stosownej chwili, wymaga jeszcze przed udoskonaleniem swym ostatecznym, zresztą jak każdy surowiec cenny, przefiltrowania, czyli oczyszczenia. Albowiem w pomyśle, najbardziej samotnym, czy pierworodnym, tkwi od pierwszej chwili, zupełnie zbyteczna: drzazga społeczna. Wielce szkodliwa, nieobliczalna, łatwo zapalna, jest jak w jelitach ów mały wyrostek zwany robaczkowym. Z myśli rozwojem ona się rozrasta, myśli kształt zmienia, kierunek wypacza i wprost haniebnie twórczość przeinacza. Od niej pochodzi febra połogowa, która myśl ludzką względem na opinię do tego stopnia rozpala, zatruwa, iż wszelkie nasienie w mózgu kiełkujące dla drugich dojrzewa, nie dla swego twórcy. A jedna jest prawda: że nikt nie przeszkodzi, by myśli gotowe ktoś obcy chwycił gwoli kupczenia czy też, co rzadziej, słodkiego zgłębienia i by przy sposobności tej twórcze konstrukcje na giełdę nie poszły obrotów społecznych. Kto więc pamięta, że myśl celom własnym służy rodziciela, i kto myśli dobro nade wszystko ceni, ten rychło się zgodzi, że drzazgę społeczną bezwarunkowo i w samym zarodku usunąć trzeba. Zabieg bolesny, bo wymaga gwałtu czy przedziurawienia myśli od zewnątrz, by móc skałkę wyjąć i raz na zawsze unieszkodliwić zdradliwą chętkę mózgu znieprawienia. Tę operację zwę trepanacją metafizyczną lub metapsychiczną. Na samym sobie musi dzielny człowiek zabieg wykonać, zaś wszystkie narzędzia do takiej chirurgii czerpać należy z aseptycznych składów swej świadomości. Jeden jest środek na złagodzenie tego procesu samoudręczenia: to znieczulenie aktu trepanacji przez ośmieszenie społecznej drzazgi na żywych przykładach. I nic innego uczynić nie mogę w obrębie komnaty, do której wchodzimy.

Drzwi nam otwiera paradny generał. Po twarzy bije upstrzony uniform, świecideł harmider strugami ścieka. Wypomadowany, zarurkowany, sperfumowany, brodaty kudłacz o wyglądzie zbira.

— To z Teneryfy najmilszy mój szympans — przedstawia właściciel. — Przez żmudną tresurę wbiłem mu w głowę społecznego ćwieka. Znacjonalizowany on socjalista i socjalizujący tromtadrata264 wrzaskun. Wciąż się poświęca, prowadzi boje, podbija, zwycięża. Drzazgę wielkości narodu każdego starannie pieści. (Kto tylko się zgłosi!). Jako przystoi imperialiście, jest ograniczony, nieociosany, ponuro mistyczny i erotoman. Na chwałę rozgłosu stale łakomy, ordery połyka. Osobny fotograf wciąż konterfekty jego zdejmuje, o każdej porze i w każdej pozycji. Audiencji udziela i interwiewów265. Antypatyczna, lecz zaszczytnie znana i wielce ceniona figura woskowa do wypożyczania na wszelkie obchody, uroczystości, szopki przedwyborcze...

Generał się skłonił majestatycznie, nogami szurnął i w srebrne ostrogi groźnie zadzwonił. Zdążamy w głąb sali śladem wojownika. Okrąglak wyniosły w stylu mauzoleum. Światło się wciska przez górne okienka, rozwesolone zielono-czerwoną orgią witrażową. W pośrodku las cały zwisających zwiewnie lin i powrozów, półek, drabinek, drążków i trapezów. Zanderowski266 zakład. W koszulkach atletów ponumerowanych ród cały pawianów poci się i ćwiczy. Również kilka piesków w zbytkownych czapraczkach267 za ogon zawisło i kręci młynki zawrotne w powietrzu. Synogarlice w różowych fartuszkach samymi dziobami, schowawszy pazurki, swój byt utrwalają wśród skrzydełek dreszczów na rozkołysanej huśtawce drucianej. Zebu268 pręgowaty na głowie wciąż staje, wierzga kopytami i rży: „jeszcze, jeszcze!”. Gryzoń aguti269 po samym plafonie270 głową ku ziemi, łapkami ku niebu zgrabnie paraduje w otoczeniu kawek skomlących z zachwytu. Gdy przerywa trudy, nigdy na posadzkę kamienną nie spada, lecz na nadstawione śpiących osłów grzbiety. Zabroniona jednak wszelka rekreacja. Mentor zakładu, pretor271 czy augur272 czuwający w środku, karminowo-żółty, ospowaty kacap273 w niebiesko-zielonych, jedwabnych majtasach i dziegdzionych274 butach, wciąż strzela z bata i warcząc, zaprasza: „Obywatelu, czyń powinność twoją!” A wszystkie zwierzęta są upaństwowione, rdzennie narodowe i niezmiernie czułe na każde błazeństwo związane z tytułem.

— Gimnastyczna szkoła cnót obywatelskich i z nimi skrewnionej jarzmionej miernoty — z trudem wyjawia wśród pisku, bełkotu, pstrej alegorii chytry inicjator. W tej właśnie chwili nad moją głową powiał szum skrzydeł. Ujrzałem pierze, jak świt szarzejące i niby od słoty sklejone, zmięte. Dwa żarem płonące, krwią ociekające dzikich spojrzeń świdry. W szponach ptak rajski czułą zdobycz niesie: białą, morską świnkę. Prosię lament kwiczy, a ptak podczas lotu podbrzusze rozerwie, wyszarpie wnętrzności i ciepłą posokę długim cienkim dziobem wzorowo wychlipce275. — Cały dzień pracuje — zapewnia Yetmeyer — dokładnie, bez przerwy. W jednym sali rogu z klatki ofiar pełnej wyjmuje stworzonka i statecznie znosi w sam kąt przeciwległy, gdzie składa do paczki, już tylko kadawry, na pasztet, na później. System rabusia jest wynikiem drzazgi, z której powstaje konieczność myślowa powszechnie przyjętej o „byt materialny walki racjonalnej”. Jest przeświadczony o powodzeniu swej pracowitości i przepełniony szacunkiem dla siebie. Zawsze jest dumny, jak głupi mieszczuch w szynku przy niedzieli, często opryskliwy, jak urzędniczy, biurowy majestat. Wczoraj nie kazałem żywej dawać strawy i cała wspaniała walka o istnienie nagle się urwała. Dzielny pracownik nastroszył się groźnie i jak basałyk276 w tym trudnym wypadku wyjawił skrajną na wszystkich nas wściekłość. Ostrym dzioba dłutem rozharatał rękę stróżowi tej sali, zaś wesołkowi, który go przedrzeźniał, zamierzył się w oko. W końcu dla odmiany „o byt walczącemu” podsunąć kazałem kilka glist wstrętnych i dwie myszki polne. Wprost załkał z radości na widok nagrody za pilność i męstwo. Z głębi Urugwaju przywiozłem gagatka i bardzo go cenię, gdyż według zasady żyje najśmieszniejszej, którą się bawią miliony mych bliźnich, a mianowicie zdobywa strawę, gdy mu ją przypadek łaskawie podsunie.

Uchodzę z zamętu i aleją zdążam, która się wije tuż pod samą ścianą, gdzie się kłaniają podwójnym szpalerem cytrynowe drzewa i pełechate277 a kuse oliwy. Między wazonami skrzynki rozstawione, niby sarkofagi, ale ożywione zmyślną polichromią. To poglądowe jest niby muzeum, gdzie sławnej przeszłości pochowano ślady, świadczące wyraźnie, jak się zwykle kończy hodowanie myśli w służbie dla drugich. Przebierać można w tych skrzyniach bez końca. Wspaniałe relikwie przemądrych religii, które minęły już dzisiaj bez śladu, gdyż nie przemyślał ich przedtem dla siebie własny ich twórca. Zręby epok, historii, na pół rozwalone i oszpecone krwawymi śladami cichego szaleństwa: myśli ofiarnictwa. Myśl przez odbiorców szybko znieprawiona... własnego pomysłu potężnych marmurów udźwignąć nie mogła i swojego tworu ciężarem bezwładnym została zmiażdżona.

Wzruszyła mnie lalka, z drzewa obrobiona, właściwie belbas278, choć w kobiecym stroju, co z głębokiego wnoszę ja dekoltu i ze zwojów rebozo279 spódnicę u dołu naśladujących i z rzutu ramion całkiem obnażonych. Natomiast głowa na samca wskazuje, a mianowicie typowego capa widzę niechybnie, ze strączkiem lichej bródki i z wyostrzonymi, choć w tył odgiętymi rogami uporu. Pocieszny symbol myśli zmarnowanej przez ludzi codziennych; w wierzeniach wedyckich280 bóg inteligencji nazwany Daksza. Zabawia z kolei: śmierci bogini w szarozielonym rzeźbiona nefrycie, ściśle podług wzoru z arcybiskupiego muzeum w Puernavace281. Potworna sowa, której z brzucha strzela drwiąco wykrzywiona, łysa, trupia czaszka. Brałem do ręki łopatkę Pelopsa282 i Argonautów283 kotwicę brązową, Sokratesowy284 puchar berylowy, Kserksesa285 siodło, Aleksandra286 cugle, Efialtesa287 plany, togę Cezara288, sandały Ottona289, perukę Ryszarda, zwanego Lwie Serce290, nasenne krople Filipa Wielkiego291, Cuauhtemoca292, ostatniego króla z rodu Azteków, rozpaczliwy stryczek, kołpak Batorego293 spod samego Pskowa, spodnie Waszyngtona294, Rodina295 kołnierzyk i — przyczepione do dziejów cnoty buduarowej296 — kobiece przybory cacane, gumowe. Spokojnie nie można zabytków oglądać, bo przy pamiątce każdej bez wyjątku — (pewnie zamówiona!) — gromada Włochów chóralnym śmiechem wybucha nachalnie. Trupa ta trzpiotów obowiązkowo przedrzeźnia żałobę pozostałości po zmarnowanej wśród bliźnich wielkości. Eksgondolierzy z gnijącej Wenecji. Stąd też ich chichot posiada zalety jedwabnej melodii.