Chcę dalej postąpić, bush297 widzę przed sobą, za którym przeczuwam nową niespodziankę. Krzaczasty żywopłot, rozkwitły liliowo w gwiazdy buganwilii298 i w hibiskusa krwawe tulipany, trzy klatki ukrywa, do których dostępu gospodarz mi wzbrania. — Dla prasy wszędzie wstęp musi być wolny! — śmiało zażądałem, na co skwapliwą i nader uprzejmą odpowiedź dostałem: — Prawda! Zapomniałem. — Znowu dziwnie kichnął, skarżąc się na fetor idący od klatek, i niepowstrzymanie interpretował:

— Jest fama wulgarna, przez wszystkie usta rzewnie wypluwana: o zbożnej pracy w cichym czoła znoju, który rzekomo najdalej prowadzi. Jak w życiu ludzi to hasło wygląda i jak sobie kopiec budują mrówki, długo oglądałem. Moim więc zdaniem te pobożnisie, zabójczo wytrwałe, nie tyle się pocą, ile ryją raczej w cichości przezornej. Funkcja jest żmudna, lecz z pracowitością komórek mózgowych nic nie ma wspólnego. Mikroba frazesu o pracowitości zaszczepiłem właśnie na solenodonie299, zwierzątku zdarnym i wielce obrotnemu. Figlarnym ryjkiem i drapieżną łapką codziennie grzebie dwumetrową jamę, by tylko podkopem pod swego sąsiada móc się przedostać, swobodnie go zagryźć i jego zapasem siebie pożywić. A zwracam uwagę panu sprawozdawcy, że ten kret ogromny ma smakołyków własnych pod dostatkiem. W tym polityki międzynarodowej czy wszelkiej partyjnej jest ujawnienie i powodzenia w obrotach bankowych i urzędniczej, chwalebnej kariery.

Widzę klatkę obok, jak wieżę wyniosłą. Cuchnie coraz gorzej. Rój oszalałych gzi się nietoperzów. Raz wraz hajtują300 u samego spodu, to znowu w górze unoszą się chmarą, po prętach walą wyrodnymi łbami i wciąż się aplikują301 do nastawionego na modlitwę młynka, daru Dalajlamy. Od wiru skrzydeł nieprzytomnych zwierząt tybetański przyrząd wiernej pobożności porusza się sprawnie i karty przewraca modlitewnej księgi. Nie trzeba oczyma ani też myślami wchodzić w antyfonę302, sama się odprawi. Zupełnie w stylu jest Yetmeyera ten pomysł zabawny i szydzi śmiało z drzazgi czy manii publicznych obrzędów, z uczuć uwiędłych w bigocji formalnej.

Morowe powietrze wprost oddech zapiera i przytomność mąci. Już teraz rozumiem: stworzonko paskudne, bałuchowaty303 śmierdziel się uwiesił na skarlałym smreku304. Niby obojętny i tył ku nam wypiął, lecz nadsłuchuje, bo właśnie bedynter (poczciwy wiedeńczyk w tyrolskim kostiumie, z gołymi łydkami, w kapelusiku z figlarnym piórkiem) bezbożnym akcentem w głos odczytuje urzędowe wieści z całego świata. Sierdzi się śmierdziel, oburzenie łyka. Z nadmiaru wzruszeń i cnoty trawienia wstrętny babręga smrodliwą posokę popuszcza w kręgu i pod siebie brzydzi. Jaki do kogo może mieć aprens305? Do wszystkich o wszystko, z wyjątkiem kluki, choćby najmarniejszej, byle dała żarcie. Śmierdziel moralista, pucer obyczajów, naprawiacz skarbu, naganiacz skandalów, lustrator kanałów, prowokator fałszów, rewelatorski pieniacz-epileptyk, czyli histeryk nader animuszny wszechaktualności. Tak myślę sobie, choć w oczach mi ciemno i nozdrza wciąż puchną. Milczy mój towarzysz. Więc zapytuję: — Panie, jaką drzazgę reprezentuje ta klatka ostatnia? — Przepraszam najmocniej, odpowiedź wypadnie najbardziej ogólnie, bez żadnych aluzji — zaznacza gospodarz. — Mamy do czynienia z klasycznym okazem na służbie publicznej. Przyznać musi każdy, że mi się udał ten rozkoszny panicz, ten arcygówniarz, czy niewyświęcony, jeśli chcemy grzeczniej, niby arcykapłan potrzebami tłuszczy nadzianej opinii. Wybaczyć proszę: To publicysta... z szkoły powojennej...

Oniemiałem. Chciałem w pierwszej chwili szukać satysfakcji. Lecz pamiętałem o obowiązku wobec sal następnych. Zaznaczyłem tylko bardzo uroczyście, że nieoczekiwanie kiedyś się pomszczę.

Gdyśmy opuszczali tę menażerię ośmieszonych zalet, na których spoczywa nasz ustrój społeczny, wypadły z krzaków wrzeszczące dwa hufce zmitrężonych ptaków. Na żółtych malwach przy budce śmierdziela grzecznie usiadły i wcale wyraźną kłótnię rozpoczęły. Czarnoaksamitne, meksykańskie drozdy, gwiżdżąc twierdziły:

Fac te ipsum felicem!306

Natomiast szpaki, bezbarwne wygi z opłotków Europy, swarliwie, gderliwie wpierały w siebie, a przez to i w drugich:

γνώθι σεαυτόν!307

Każdemu z osobna przyznaję rację i czmycham czym prędzej. Stanowczo mam dosyć komnaty wariackiej. Czuję ból głowy. Skutki trepanacji. Mało co dalej mogę aprendować308, ale zapowiada bandzior309 — przewodnik, że jest spokojna i niemal pogodna