Pan Dawid po śmierci przemieni się w khona
Na wąskiej prawej i na lewej ścianie strzeliste witraże do góry się pchają. Szkło prawicowe jest zażółcone. Niebieskie opale z egipskich wierzeń duszę przyniosły w postaci ptaka, który się rozsiada jak sowa czy wrona z przypiętymi skrzydłami i trwa w profilu bezmyślnie pogodnym. Ten wartościowy człowieka element, krótko „ba” przezwany, dobrze się czuje w sąsiedztwie ciała, z którego pochodzi, którego pierwszą poniekąd połowę uzmysłowioną, widoczną stanowi. A sobowtór jego, już tylko cielesny, jest właśnie po śmierci w ultramarynie cały ubabrany, poprawną sylwetkę pana Yetmeyera w oponie zakonnej i z baszłyka319 cieniem na obrzękłej głowie, jako „ka” stylowy, ku pierwszej połowie, uduchowionej, pobożnie nachyla. Gra cała polega na rozflirtowaniu ciała z jego duszą i na utrudnionym duszy rozstaniu z swoim własnym ciałem. Światła promienie na witrażowe szkiełka padają zazielenione, gdzie tkwią napisy. Jak na ulicznej żarówek reklamie każdy element i zawsze na przemian samego siebie głośno wywołuje: ba-ka. Nadmienił Yetmeyer, że jego Polak, zaniepokojony tym transparentem, w oczy mu zarzut cisnął wyszukany, naiwny, śmieszny, iż bakę świeci320. Skąd, po co i komu? Byłoby ważne i pożądane, by dusza zechciała odejść od ciała i korzystając z ptasiej inkarnacji, do sióstr i braci w niebo uleciała. Faraonów wiara w tej samej sprawie przekornie twierdzi, że „ka” przepada, innymi słowy: sobowtór znika, a „ba”, przeszedłszy w nadziemskie regiony „khonem” się staje. Nie ma obawy, jak twierdzi gospodarz, by wszechświatowy, na wieczność wykpiony, pan Kohn próbował po raz milionowy w pozagrobowe Egiptu życie przenieść antenatów321.
Pod drzewem zwycięskiego smutku
Witraż lewicowy spód brambrotowy322 z dala okazuje. To tierra caliente323 południowej strony nowego świata. Na tym podnóżu cedr opuszczony wspina się ku niebu. Pień szaroliliowy jest wyprawiony jak łuski węża na damskiej torebce. Dwa zwisające niemal ospale, wykoślawione wichrowym miotaniem konary cedru wskazują ściśle na samotnika wiek już podeszły. Do drzewa się tuli indiańska chatka, nędznie sklecona z cynobrów adoby324. Drzwi są otwarte i nie ma nikogo. Gdzieś na kominku porzucony ogień puchnie i chudnie, sinieje i pyka. Ciemnozielone, bananowe ucha wciąż nadsłuchują tuż przy samym dachu. Szumiącym srebrem wloką się topole, czułego pobliża nabożne aleje. Widać, jak ktoś krzyknął... nagle, przeraźliwie. Krzyknął niewątpliwie ten, kogo tu nie ma. Upalną noc przeklął i proklamację ogłosił ponurą: Grito de dolores325. Hen na samym krańcu tego nocy dnienia w zapoconym szkliwie fiebre amarilla326 podchodzi i ścieka wśród kleinii327 szkarłatnych i galactodendronów328 dziewczynkowatych a zabielonych siarczaną posoką. U progu chatki na miętach stłamszonych angielska waliza z jasnej świńskiej skóry spoczywa i czeka. Gospodarz się wtrąca w mą duszną zadumę: — Drzewo się nazywa: arbol dela noche triste329. Ongi Cortez330 pod nim w zamyśleniu siedział i ubolewał, że krwawo zwyciężył. Dziś nikt do drzewa pamiątkowego nie ma rozpędu, gdyż każdy omdlewa. Pierwszy tam zasiądzie w szaleńczej gorączce piastun nowych dziejów, religii twórca, dancingu uczniak i człowiek kosmiczny. On również zapłacze nad swoim triumfem, nad bezmiarem ofiar, lecz zaraza przyjdzie i sen wieczysty wpuści mu do głowy. Wówczas idioci podobiznę jego wmalować każą na wypuszczone witrażowe miejsce.
Nie mogę wątpić, że marzył o sobie.
Kwadryga Akibiadesa
Cwałuje kwadryga Alkibiadesa331, wprost na potylicę moją zajechała, lecz nic mi nie grozi, albowiem w chwili najbardziej drastycznej została wstrzymana gobelinowym dzięki umiarom. Stąd wnoszę śmiało, że natchniony obraz niezaprzeczenie jest pochodzenia z tkalni Mediolanu. Z oszalałego cały jest obłoku gnający rydwan. Rozopalone, wychłostane kurze szprych się imają, jak baranie rogi w zawoje zwinięte. Pomarańczowe wysyłają błyski miedziane okucia. Bryczne szymliczki332, cztery w równym rzędzie, bachorze333 nad ziemią w locie rozpostarły, kopyta srebrne maczają w powietrzu, łby przylepiły do różowych piersi, czarniawe jęzory bokiem wywiesiły, bryzgają pianą zżółciałej wściekłości i zastrachanych spojrzeń ametysty rzucają w przestrzeń. Smagają je grzywy wichrów rozhulaniem na strzępy porwane i łechtające karczydła żylaste. Markotne podszepty zatraconej pustki we krwi im biegają, więc całkiem ogłuchły, a znają tęsknotę, którą pędem łowią.
Wyprostowany u steru rydwanu, w chiton334 przyodziany, woźnica szału jest... Alkibiades.
Cynobru jedwabiem herosa ciało czule wydziergane... Oblicze efeba335 polewą białej zalane mądrości. Oczy w głąb własną patrzą hierofanty336, na uściech337 drzemie śmieszek kitarysty338. Lejc sine bandy339, rdzawymi meandry smętnie przetkane, niedbale poniechał, prawicą w górę unosi pławinę340, po której brzozowe kotki zielone, świeżo narodzone, figlują niezdarnie. Czarodziejską różdżką jest mu gałąź licha. Kierunek biegu z niej odgaduje i cel gonitwy w duszy ustalony: dno niezgłębione podniebnej zadumy. Pod koła się walą strzaskane bogi czy ludzkich szantaży pyskate idole. Tuż przed kwadrygą dziewice zgłodniałe z nieśmiertelnej drogi rękoma zgarniają bobki341 rozproszone i zajadają. Na widnokręgu urosły w przestwory dymem osmolone komety upiorne. Biją się łuny krwawo rozczochrane, jak stare wiedźmy, o mdłość z szatanem nieskapryszonym, niezarażonym. Narodowej wiary płoną ambary342, wiekowymi zbiory dziecinnej ekstazy zapchane szczelnie po dachu paździory343. Wśród pióropuszów, odmętów, oparów białe motylki kapustą żywione pogodnie fruwają i niewidzialnym zecerom powolne, Eurypidesa344 sentencję swawolną w napis składają:
τίς δ οίδεν εί ζήν τοΰθ ό κέκληται θανείν τό ζήν δέ θνήσκειν έστί345