Zdumiewa nas fakt jeden, który musi być bezzwłocznie wyjaśniony: oto wśród cudaków, plątających się około głównego szatana, znajduje się dwóch cudzoziemców, niby Chińczyk i rzekomo Hindus, obaj o czystych polskich nazwiskach, zniekształconych do niepoznania przez heretycką pisownię. I tak Chińczyk A-to-tso doskonale wyraża nasze zapytanie: A to co?, bramin zaś Onczidaradhe może śmiało ukrywać pogróżkę mściwej duszy: On ci da radę! Należałoby wnieść gremialną prośbę do naszego biskupa, by polecił właściwym czynnikom zbadać sprawę, co znacznie uspokoiłoby wzburzoną narodową opinię.

Wypełniwszy powinność naszą, Bogu Bracia mili Was polecamy i nie tracimy nadziei, iż piorun z wysokiego nieba niebawem roztrzaska toledańskie gniazdo bezwstydu i zgorszenia.

Dowiadujemy się w ostatniej chwili, iż w łonie duchowieństwa wszystkich zacnych i zwycięskich po wojnie narodów przygotowuje się wcale skuteczna akcja, zmierzająca do wpłynięcia na rząd hiszpański, by twórcę najpierwszego domu rozpusty w Europie, Amerykanina Dawida Yetmeyera, zamknął jak najszybciej do czubków, gdyż niewątpliwie ma barek we łbie383 ten potwór, skąpany w miliardach”...

Pojednanie cnoty z rozpustą

Rozdział szósty teren stanowi, na którym...

pierwsze kości padają ideowej i konstruktywnej rozgrywki między Yetmeyerem a Havemeyerem. W dancingu odbywa się wstępna, generalna próba baletu wobec zaproszonych gości. Pantomima, zatytułowana Pojednanie cnoty z rozpustą, została skomponowana przez Podrygałowa i służyć ma ustaleniu pierwiastków stylowych, jakie znajdą zastosowanie przy wykonywaniu późniejszym głównego misterium, tj. Wesela hrabiego Orgaza.

Pojednanie cnoty z rozpustą jest pierwszym, oficjalnym popisem Ewarysty, która ma wytańczyć dzieje swej dziewiczej tragedii, powstałej z tą chwilą, kiedy miłość do nieudolnego matadora Manuela pogmatwała się obłędnie z uwielbieniem dla zwycięskiego byka Corcito. Zjawa triumfującego zwierzęcia rzuciła cień na zbolałą duszę dziewiczą i zraniła głęboko dumę pierwszej miłości. Przyrodzone pędy cnoty pogmatwały się niesamowicie z pnączami mściwej rozpusty. Taniec torreadorski, w którym ginie byk-zmora, ma być równocześnie duchowym wyzwoleniem i umysłowym uzdrowieniem Ewarysty, opętanej przez ponure wspomnienia.

W loży dyrekcyjnej dancingu zebrało się całe najbliższe otoczenie Yetmeyera. Podrygałow, który tym razem występuje głównie w roli autora, wyjaśnia zebranym te sensy idealne, jakie kryją się w jego pomysłach, wykonywanych przez Ewarystę i przez dwunastkę Podrygałowiąt. Nie ufa jego wywodom i podkłada im treści na wskroś ziemskie, powszednie, wychowawczyni jego dzieci, niańka Prakseda. Ukraińska ta dziewka, schorzała i zgorzkniała stara pannica, kocha się po kryjomu w swym chlebodawcy. Z miłości tej przetrwała ona całe piekło pożycia Podrygałowa z czterema jego żonami i wychowała baletmistrzowi cały tuzinek jego potomków. Dzisiaj zależy Praksedzie głównie na tym, by Igor nie ożenił się po raz piąty. Tymczasem urok Ewarysty działa bardzo silnie na tancmistrza i niania posądza swego pana, że szykuje się on potajemnie do małżeństwa z primabaleriną. Obawa przed tego rodzaju możliwością wpędza prostaczkę w głuchą rozpacz i podnieca ją do trywialno-brutalnych prób przeciwdziałania.

Po raz pierwszy zjawia się publicznie na tym przedstawieniu delegat Havemeyera, bramin On-czi-da-radhe, wywołując powszechne zaciekawienie zarówno swym cudackim wyglądem, jak i niezwykłym sposobem zachowania się. Przypatruje się on pantomimie, zawieszony przez cały czas na nogach zahaczonych o balustradę loży, głową na dół. Po skończonym widowisku wszczyna derwisz dyplomatyczne rokowania z panem Dawidem, któremu oświadcza wśród umizgów przyjaznych, że wzorem pojednania cnoty z rozpustą, zmierza on również do zbliżenia poglądów oraz usunięcia różnic, jakie dzielą obu przeciwników: Yetmeyera i Havemeyera.

Pokorne cienie zmitrężonych fraków fałdują się w siedzeń zagłębiu. Zawstydzony szelest kobiecego jedwabiu tu i ówdzie wślizgnie się do wnętrza. Pogaszone twarze. Bieleją w ponurej ciszy załamane, sztywne gorsy. Rozpalone uda niewieście dygocą w zimnicy półmroku. Spłoszone półsłówka, jak świętojańskie robaczki, migotem wy błysną i niedbale gasną. Chmurnie sprawdza służba karty zaproszenia. Bimbają przekornie kropelki uśpionych wodotrysków. — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —