— Sam z pochodzenia jestem Bułgarem. Tatulo trafikant452 mieszkał w Kirk-Kilisseh453. Matka Turczynka umarła na dżumę. Małego sierotę na służbę przyjął rosyjski oficer z bałkańskiej wojny i do szpiegowskiej zaciągnął roboty pod Katowice, na Śląsk zwany Górnym. Stamtąd umknąłem i po wielu przejściach, o których pobieżnie wspominać nie warto, wylądowałem w Zachodnich Indiach. Tu filozofię poznałem Wedanta454, zbadałem sanskryt455, na pamięć wykułem Mahabharatę456 i szczerą sympatię poczułem dla Wisznu, Sziwy i Brahmy457. Szczęśliwy nowicjat w klasztorze Akhara (miejscowość górska zowie się Amritsar) pozwolił mi wkrótce powiększyć grono doborowej sekty kapłanów w Bihar. Lecz miałem pecha, chwyciłem chorobę od pewnej Angielki, turystki uczonej, która badała nad wyraz namiętnie ascetyzm hinduski. Aby się oczyścić, umartwiałem ciało i niby płaz marny na brzuchu, na rękach po ziemi pełzałem. W tej jednej pozycji lat siedem wytrwałem — i pod nadzorem całej ekspedycji międzynarodowej na Gaurizankar458, tam i z powrotem, grzech mój wyczołgałem. Uzyskawszy sławę dzięki reklamie „Gazetki żołnierskiej”, głównego organu opinii w Lahore459, mogłem już śmiało na własną rękę poszukiwać Boga...
— Znalazłeś ojcze?...
— O tak! W samym sobie.
— Dobrze nie słyszałem. Szaleje muzyka...
— Powiedziałem sahib460, że Boga mam w sobie. Pewny to interes zostać sadhusem i wejść w kontakt z Bogiem. Permashwar461 obcy, odziedziczony po dziadach pradziadach lub dla porządku ze znanego obrządku przyjęty na wiarę, nie ma tej mocy, co samodzielne umieszczenie Boga w niebiańskich rozłogach czy w samym sobie. Od tego zacząłem, że właśnie Słowianie nie mają odwagi podudłać462 w sobie, wciąż poszukują nie wiadomo czego, to owo zaczepią, coś niecoś uznają, wszystko potem walą i przed samym skonem zrozpaczoną pięścią, w której nic nigdy dobrze nie dzierżyli, wygrażają światu.
— Oni się z biesem na wieczność skumali — zachrzęści Prakseda.
— Diabeł jest tylko symbolem kierunku czysto zewnętrznego, hersztem jest bandy płoszącej ludzi, by drałowali najdalej od wnętrza swego własnego. A główna przyczyna ruchu takiego w omyłce tkwi, w błędzie, że coś istnieje, że świat jest naprawdę, nie marzeniem tylko. Raz zrozumiawszy, że ja sam jestem463 i nic poza mną nie może być trwałe, co wymaga trudu, wygimnastykowania i umartwienia, używam życia, używam myśli, siebie, drugich tworzę i z pełnią pogody, bez ksiąg pocieszenia czy współczucia bliźnich, opuszczam cielesny, chwilowy przybytek, zazwyczaj na moment kontemplacyjny, a kiedyś na zawsze.
— Bębenki w uszach dziś mi zadudoli464 ten Pitoupitou, a ja chciałbym wiedzieć, czy ojciec duchowny czuje się Bogiem naprawdę prawdziwym? — Yetmeyer, jak szczenię, pokornie dziaukoce.
— Dla siebie jam Bogiem, was nie zobowiązuję. Boga mam w sobie i stale z nim jestem. Trzeba go jednak wydobyć z siebie i wam okazać. Do tej ostentacji potrzeba znowu, żebyście wy mogli znieść taki widok i nie postradali wszystkich cennych zmysłów.
— Czy wolno zapytać, gdzie świętobliwość z moim konkurentem zawarła znajomość i odkąd wasza datuje zażyłość?