— Havemeyera spotkałem raz pierwszy, jeszcze podczas wojny, na zjeździe fakirów, derwiszów, sadhusów i jogów. Było to w Chicago. Kongres ukształtował ciekawą krucjatę dziecięcych mózgów spośród wyznań licznych, autoryzowanych w państwach nowoczesnych. Skłóciły się z sobą. Najwspanialej wypadł spór katolików polskich z Kurytyby z białoruskimi schizmatykami. Wszyscy judzili, nikt nie mitygował. Innych narodów przedstawiciele wnet się wycofali. Tamci wytrwali i przez dwa tygodnie ze sobą się darli. Zostali z nami jeszcze i Anglicy, lecz jako widzowie tego popisu, który w różnych pozach dla swoich zbiorów fotografowali. Tam Havemeyerowi sprzedałem w ramkach za upstrzonym szkiełkiem jadłospis mahanty465 z klasztoru w Bhairon-Ka-than. Przepis zastosował miliarder w swej kuchni, co na organizm kolekcjonera decydująco i regulujące wpłynęło bezwzględnie przez usadowienie w temperamencie i jego poglądach: anielskiej dobroci, wyrozumienia i łagodności.
— Snobistyczne zbytki, trzonu, pozbawione wszelkiej celowości i własnej konstrukcji — Yetmeyer burknie.
— Zalążki historii i religijności najszersze podstawy.
— Czy aby twórcze? Może dla wygody i dla samej mody?
— Opracowany system jest wspólny. Przyjaźń skojarzyła mnie z Havemeyerem, a zapoczątkował stosunek wzajemny korzystny dla obu: handlowy interes. Do Boga mojego ja zaś doszedłem przez ciała udrękę i długoletni życiowy wysiłek.
— Ojciec-świętoszek Havemeyerowi swojego Boga odstąpił czy sprzedał?
— Ni jedno, ni drugie. Przyjaciel-miliarder poznał mego Boga, oglądał dokładnie, próbował, oceniał, nawet usiłował zbliżyć się do Niego, a w końcu sam z siebie, bez wpływu żadnego, poprawił Go nieco i ustatkował.
— Wyciągam więc wniosek, że mój konkurent i zaproszony Orgaza kreator przyjął twego Boga, ale swojego w sobie nie wykrzesał.
— O tyle, o ile. On się oswoił z nagłą potrzebą uznania de iure466 oraz zgłębienia tego wszystkiego, czego mózg ludzki dotąd nie rozpoznał i najprawdopodobniej nie rychło rozpozna. A do ukochania i ubóstwienia tej mocy zakrytej i niespożytej, do odnalezienia jej miejsca pobytu w zagłębiu nas samych... krok tylko już jeden...
— Obawiam się jednak, że właśnie w tym celu salto mortale konieczne jest nieraz — zjadliwie ćwierknął dancingowy butrym467, paluszki na brzuszku w kołowrotek puścił i niby czerwiatka468 z dorodnego drzewa nagle zbryźnięta, w poduszkach fotelu cały się rozlepił. Kamienna dożera469 0 losy sadzonek w inspektach marzenia bary mu przygniotła.