Nie byle co może zresztą przestraszyć ichneumona, który jest od głowy do końca ogona owładnięty ciekawością. Hasłem całego rodu jest: „Szukaj, a znajdziesz!”, a Riki był nieodrodnym ichneumonem. Naprzód obejrzał dokładnie zwitek waty, z którego wylazł, a przekonawszy się, że nie nadaje się do zjedzenia, pobiegł wzdłuż stołu, przysiadł, wymuskał sobie futerko, a wreszcie jednym susem skoczył chłopcu na ramię.

— Nie bój się, Teddy! — powiedział ojciec — To obyczaj ichneumona. Chce się z tobą zaznajomić!

— Łaskoce mnie po szyi! — zawołał chłopiec.

Riki zajrzał mu za kołnierzyk, obwąchał koniec ucha, a potem skoczył na ziemię i zaczął trzeć się po nosie.

— Bardzo miłe stworzonko! — powiedziała matka — Nie rozumiem, czemu zwą dzikimi ichneumony! Może dlatego jest tak łaskawy, żeśmy go wzięli w opiekę?

— Ichneumony zawsze zachowują się w ten sposób. Byle tylko Teddy nie ciągnął go za ogon i nie zamykał do klatki, będzie przez cały dzień biegał po domu. Musimy go jednak nakarmić.

Dano mu kawałek surowego mięsa, który zjadł ze smakiem, a podjadłszy, udał się na werandę, siadł na słońcu i nastroszył sierść, aby każdy włosek wysuszyć aż do nasady. Uczuł, że jest mu bardzo dobrze.

— W tym domu — mówił do siebie — jest więcej do zbadania, niż by mogła zobaczyć cała moja rodzina przez całe życie. Zostanę więc i będę szukał.

Przez cały dzień zwiedzał willę. Omal nie utonął w wannie, powalał sobie nos atramentem, wetknąwszy go do kałamarza, a potem sparzył się cygarem, gdy spacerował po kolanach mężczyzny dla zbadania w jaki sposób się pisze.

Gdy noc nadeszła, pobiegł do sypialni chłopca celem zobaczenia, jak się zaświeca lampy naftowe, gdy zaś Teddy położył się spać, wskoczył na jego łóżko. Ale był to towarzysz niespokojny, gdyż przez całą noc zrywał się za lada szelestem, badając jego przyczynę.