Gdy rodzice przyszli powiedzieć synowi dobranoc, zastali ichneumona na jego poduszce.
— Nie jestem zadowolona z tej poufałości! — powiedziała matka — Gotów go jeszcze ugryźć!
— Nie ma obawy! — uspokoił mąż — Obecność tego małego stworzenia zapewnia chłopcu znacznie większe bezpieczeństwo, niż gdyby go pilnował najczujniejszy pies! Przypuśćmy, że do pokoju dostanie się wąż...
Matka przerwała, nie chcąc nawet słuchać o takich okropnościach.
Nazajutrz Riki przybył na śniadanie, siedząc na ramieniu chłopca. Poczęstowano go bananem i kilku jajami, a on skakał z kolan na kolana. Był dobrze wychowany, jak przystało ichneumonowi, który liczy na to, że zostanie ichneumonem domowym, a zawdzięczał to matce swej, która uczyła go, jak się ma zachować w razie spotkania z białymi ludźmi. Była ona doświadczoną osobą, gdyż przez czas pewien mieszkała w domu pewnego generała w Segowli.
Po śniadaniu Riki udał się do ogrodu w celu zbadania rzeczy ciekawych. Był on obszerny, w połowie zaniedbany, pełen krzewów róż Maréchal Niel, wielkich i rozrosłych. Poza tym rosły tam gojawy i drzewa migdałowe, kępy bambusów i całe łany wysokiej, gęstej trawy.
— Doskonały teren do łowów! — powiedział sobie Riki, najeżył ogon i przebiegał ogród we wszystkich kierunkach. Naraz posłyszał rozgłośny lament, dolatujący od strony, gdzie rósł wysoki krzak jakiejś ciernistej rośliny.
Głos pochodził z gardzieli ptaka-krawca, zwanego Darci oraz jego żony. Piękne gniazdo, zeszyte z dwu wielkich liści, wysłane wewnątrz puchem i różnymi strzępkami, chwiało się z powiewem wiatru, oni zaś siedzieli na brzegu jego i kwilili żałośnie.
— Cóż się to stało? — spytał Riki.
— Okropne nieszczęście! — odrzekł Darci — Jedno z piskląt naszych wypadło wczoraj z gniazda i pożarł je okrutny Nag.