Bój z karaitem, o czym wcale nie wiedział Riki, jest nierównie trudniejszy i niebezpieczniejszy niż z wielkim Nagiem i gdyby go nie zdołał trafić zębami w kark tuż za głową, to karait, obróciwszy się, położyłby go trupem jednym skaleczeniem w nos lub policzek.

Riki nie zważał na to wszystko, tylko, kołysząc się coraz to silniej, upatrywał miejsca do zatopienia zębów. Karait zaczął bój, rzucając się nań, Riki skoczył w górę, starając się opaść mu na grzbiet. Ale jadowity łeb przemknął tuż koło jego boku, przeto Riki przeskoczył ciało węża, a w skoku uczuł, że łeb znajduje się tuż za jego tylnymi nogami. Teddy obrócił się ku domowi i zawołał:

— Chodźcie... chodźcie... ichneumon walczy z wężem!

Rozległ się krzyk matki, a ojciec z laską w ręku ukazał się w progu. Zanim zdążył dobiec, karait wykonał ruch nie dość zręczny, Riki skoczył mu na grzbiet i, wyciągnąwszy mordkę, wbił mu zęby w kark tuż pod głową, potem zaś stoczył się po nim na bok.

To jedno ukąszenie położyło trupem węża i Riki chciał go już pożreć, zaczynając, zwyczajem tradycyjnym swego rodu, od ogona, ale w samą porę przypomniał sobie, że obfite uczty powodują ociężałość, a potrzebował całej sprężystości w oczekującej go walce z potężnym Nagiem.

Zrezygnował tedy z uczty, poszedł wytarzać się w piasku pod krzewami rycynusu, a ojciec chłopca okładał tymczasem laską martwego karaita.

— To śmieszne! — powiedział, patrząc na wysokiego mężczyznę — Wszakże załatwiłem już wszystko, co należało!

Matka schyliła się, wzięła go na ręce, przytuliła do piersi i oświadczyła, że Riki ocalił jej synowi życie. Również i ojciec oddał mu gorące pochwały, a chłopiec, teraz dopiero zrozumiawszy niebezpieczeństwo, spoglądał na ichneumona przerażony.

Riki dziwił się bardzo całej tej owacji. Wszakże bawił się tylko w piasku, podobnie jak Teddy, więc matka mogła równie dobrze głaskać i pieścić syna. Ale czuł wielkie zadowolenie, że mu się udało polowanie.

Gdy wieczorem spacerował po stole pomiędzy szklankami i talerzami, widział tam tyle dobrych rzeczy, że mógł się najeść za trzech. Ale nie zapomniał o Nagu i Naginie, toteż był wstrzemięźliwy, a chociaż przyjemność mu sprawiało głaskanie matki chłopca oraz przesiadywanie na jego ramieniu, to jednak od czasu do czasu rozbłyskały mu oczy purpurowym ogniem, a z piersi wyrywał się głośny bojowy okrzyk: Rik-Tikk-Tik-Cz!