— Jak to? W takiej chwili pasiecie się? — zawołał młody muł.

— Wszystkie chwile są równie dobre, o ile idzie o jedzenie! — odrzekły — Pasiemy się, dopóki nas znowu nie zaprzęgną i ciągniemy działo z powrotem do Dwuogoniastego, który czeka na nas. Czasem w owym mieście naprzeciwko są także wielkie działa, a wówczas zdarza się, że padnie z nas kilka czy kilkanaście. Ale w takim razie więcej pozostaje paszy dla tych, co nie polegli. To się nazywa los... i basta! Prawdę mówiąc, Dwuogoniasty jest wielkim tchórzem. Taki to jest, łaskawi panowie, jedyny skuteczny sposób wojowania. Jesteśmy braćmi, pochodzimy z Harpuru, a ojcem naszym był święty byk, poświęcony Sziwie.

— Dziwnych rzeczy dowiedziałem się tej nocy! — zauważył koń — Jakże się wam podoba to, panowie z baterii górskiej? Czy macie apetyt w chwili, kiedy walą do was z ogromnych dział, a za wami trąbi Dwuogoniasty?

— Nie podoba nam się to wcale! — zawołały oba muły — Podobnie zresztą jak kładzenie się na ziemi, by poprzez nas strzelano, albo rzucanie się na tłumy uzbrojone w noże. Jedyny sposób walki to wspinanie się po skałach z ładunkiem doskonale zrównoważonym, pod opieką zaufanego przewodnika, który nie krępuje w wyborze drogi... Wszystko inne to głupstwo!

— Widocznie — rzekł koń — nie wszyscy nadają się do tego samego, a ze słów twoich widzę, iż odzywają się w tobie instynkty ojca, który pono nie może zrozumieć wielu rzeczy...

— Wara ci od mego ojca! — wrzasnął muł rozgniewany. Wiadomo, że ojcem muła jest osioł, przeto wzmianka ta doprowadziła go do pasji. — Ojciec mój pochodził ze znakomitego rodu, przybył z południa, a umiał uczyć rozumu każdego konia, który by się ośmielił zastąpić mu drogę! Pamiętaj o tym, bezczelny brumby!

Koń wyścigowy nazwany szkapą przez dorożkarską wywłokę nie mógłby się czuć bardziej obrażony niż australijski rumak. Błysnął w ciemności białkami oczu i syknął przez zęby:

— Wiedz o tym, potomku osła malajskiego, że jestem synem słynnej Carbiny, pierwszej klaczy wyścigowej z toru w Melbourne. Toteż nie zniosę ordynarnych ryków muła o garbatym nosie i świńskim łbie, który dźwiga po górach pukawki, strzelające makiem.

— Chodź! Pokosztuj moich kopyt, jeśli masz odwagę! — kwiknął Billy.

Obaj stanęli dęba i byłoby przyszło do ostrego starcia, gdyby nie głuchy, chrapliwy i dudniący głos, jaki doleciał z prawej strony.